Adam Nowosad                                                                  marzec, 2015 r.

 

 

 

 

O księdzu Jerzym dziś -  krótko.

 

Co robić?

 

Rok 1980, trwała, jak wtedy myśleliśmy, odnowa… Później euforia Solidarności, stan wojenny i ekstaza walki. Rok 84, śmierć księdza Jerzego i...smuta. Rok 1989 i po krótkim zrywie, znów smuta. Tym razem długotrwała. Pogubiliśmy się w tym wszystkim. Te wydarzenia, poznańskie, radomskie, gdańskie… Te konflikty z przeszłości. Rok 68 i krakowscy intelektualiści kontra Wyszyński… Niezrozumiałe to wszystko…

 

Ksiądz Jerzy przyszedł do nas kiedy był potrzebny, tak zwyczajnie bo inni byli zajęci, czy też bali się... Mówił nam, że jeśli chcemy zmienić Polskę, to musimy najpierw zacząć zmieniać siebie… Nie zrozumieliśmy. Stara to nauka, ewangeliczna. Nie nauczał jednak, przypominał tylko. Jednego mamy nauczyciela i ksiądz Jerzy bardzo dobrze to wiedział.

 

My głupi, nie widzieliśmy tego wówczas, pamiętacie? Kiedy stawał przy Stole Słowa, tam wtedy na Żoliborzu, to jakoś tak niezwykle się odmieniał. Czy o tym wiedział? Nie widzieliśmy Go wtedy, ale On był tam. Zapewniał nas przecież: „Gdzie dwóch lub trzech zbierze się w imię Moje, Ja będę z nimi.” Pamiętacie? Dziś to widać wyraźnie, stał tuż przy Nim sam Jezus Chrystus, a my ciągle pytamy co teraz, co robić… ?

 

Szukajmy Prawdy, a Prawda nas wyzwoli… !

 

 

 

Stańmy pod krzyżem.

 

 

 

Z Bogiem

 
Anna Mularska, Warszawa
[fragment świadectwa]

[...]Jestem w wykształcenia dziennikarzem i teologiem. Obecnie robię doktorat z teologii duchowości.
Urodziłam się w 1989 r. W wieku 14 lat po raz pierwszy zetknęłam się z ks. Jerzym Popiełuszką, jeszcze Sługą Bożym. Chorując na grypę i mając wolne od zajęć w szkole, sięgnęłam po książkę "Prawda warta życia" Grażyny Sikorskiej. Od tej pory nierozerwalnie złączyłam się duchowo z ks. Jerzym, choć nie miałam nigdy możliwości poznać go osobiście.
Rok później założyłam pierwszą w Polsce grupę modlitewną młodzieży, której zadaniem było szerzenie kultu ks. Jerzego oraz modlitwa o jego beatyfikację. Grupa ta liczyła sobie w okresie "szczytu" ok. 75 osób z Polski, USA i Niemiec[...]

nasza siostra w Misji bł.ks. Jerzego 

Katarzyna Kubiak, Świnice Warckie
Pragnę stać się misjonarzem Błogosławionego Księdza Jerzego, ponieważ bardzo często doświadczam obecności tego Świętego w moim życiu - poprzez Jego wstawiennictwo u Boga i Jego wpływ na moje życie. Ksiądz Jerzy jest mi szczególnie bliski - parę lat temu objęłam Go za swojego patrona i staram się każdego dnia naśladować Go w Jego miłości do Boga i ludzi. Dziś wiem, że gdyby nie to, że "spotkałam" na swojej drodze osobę Księdza Jerzego, nie byłabym tak blisko Boga, jak jestem teraz. Poza tym decyzję o przyjęciu obowiązków misjonarza podjęłam także z tego powodu, że przyrzekłam to Panu Bogu, prosząc Go, za szczególnym wstawiennictwem Błogosławionego Księdza Jerzego o łaskę uzdrowienia z białaczki i gruźlicy dla mojej mamy. Od chwili wykrycia u niej ostrej białaczki szpikowej minął już ponad rok, w tym momencie wyniki są naprawdę wspaniałe, a moja mama czuje się bardzo dobrze. Nie mamy jeszcze pewności, czy choroba nie wróci, ale ja jestem pewna, że jeśli oddamy się Woli Bożej, to wszystko będzie dobrze. Pragnę więc chociaż w ten sposób podziękować Bogu i Księdzu Jerzemu za wszystkie te cuda.
 

Adam Nowosad, 

Warszawa, dn. 20 wrzesień 2014r.

Odpowiedź na pytanie kim w moim życiu jest błogosławiony ksiądz Jerzy jest zaproszeniem do napisania niekończącej się opowieści. Nie sposób w kilku zdaniach opisać jak wiele zmian zaszło w moim życiu od momentu, kiedy któregoś majowego dnia 1982 roku na zaproszenie kolegi, na chwilę, jak mi się wydawało, podjechałem do kościoła pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Ponieważ trzeba jednak odpowiedzieć krótko, to wspomnę tylko, że w tamtym majowym dniu wydarzyło się coś, czego przez wiele następnych lat nie potrafiłem zrozumieć. Wystarczyło jedno spojrzenie tego, na pierwszy rzut oka dość zwyczajnego księdza, żeby zwaliły się w gruz wszystkie dotychczasowe wyobrażenia, o tym jak powinno wyglądać moje życie. Byłem początkującym przedsiębiorcą, zdeterminowanym żeby odnieść biznesowy sukces i ani w głowie była mi polityka, czy też problemy Kościoła w Polsce. Okazało się jednak wtedy, że w jednym momencie, bez chwili wahania stawiłem się do dyspozycji księdza, który był wówczas bardzo zaangażowany w organizację Mszy św. za Ojczyznę. I tak już było rok po roku. Uczestnicząc w wielu Jego działaniach  upewniałem się, że droga którą wcześniej zamierzałem podążać, była drogą prowadzącą na manowce. Punktem zwrotnym w moim życiu była chyba spowiedź generalna, którą odbyłem przed tym kapłanem, jak pamiętam, na pół roku przed Jego męczeńską śmiercią. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy po udzieleniu rozgrzeszenia przytulił mnie On mocno do swojej piersi i długo się modlił. Dziś wiem, że była to Jego rozmowa z Bogiem, w sprawie szansy na moje życie wieczne. Od tego czasu w moim sercu, w moim umyśle, zaczęły się dziać dziwne procesy - mogę je chyba nazwać poznawczymi. Powolutku zaczęły ukazywać mi się w innej niż dotychczas perspektywie, sprawy tego świata i mojego w nim miejsca. Po trzydziestu kilku latach od spotkania tego Bożego posłańca mogę stwierdzić, że przewartościowaniu uległy niemal wszystkie moje poglądy i reguły postępowania, którym niegdyś hołdowałem. Kim więc w moim życiu jest ten, który odmienił je tak gruntownie? Czy jest tylko orędownikiem przed Bogiem w setkach spraw z którymi się za jego pośrednictwem zwracam do Pana? Czy może moim przewodnikiem po najeżonych szatańskimi pułapkami drogach ziemskiej rzeczywistości. A może rozmówcą do którego zwracam się codziennie o poradę, o pomoc? Czasem myślę, że może kiedyś będę Jego nieużytecznym narzędziem, którym zechce posłużyć się wobec kogoś potrzebującego, bym mógł choć odrobinę odwdzięczyć się za wszystko co dla mnie uczynił. Potrzebowałbym wielu kartek papieru, żeby to wszystko opisać i ogromnie dużo czasu, żeby opowiedzieć o tym wszystkim czego doświadczyłem w ciągu tych lat, od czasu, kiedy zostałem przez Niego przywołany. Byłaby to być może ciekawa opowieść, tylko, czy są jeszcze tacy ludzie, którzy zechcieliby tego wszystkiego słuchać, a co gorsza przeczytać? Świat promuje dziś ideologię sukcesu i dobrobytu - tu i teraz. Tymczasem ksiądz Jerzy przywołuje nas do innej, jakże dziś niepopularnej rzeczywistości. On sam przeszedł przez swoje życie śladami naszego Nauczyciela i zachęca nas, żebyśmy wszyscy wstępowali na tę drogę, ale, czy my tego właśnie chcemy? Czy jesteśmy gotowi by zrezygnować z tak wielu błyskotek tego świata. Jeśli znajdzie się kto zainteresowany, to opowiem, czy i jak to jest możliwe. Najlepiej jednak pytajcie o to samego, wkrótce już kanonizowanego świętego Pańskiego Kościoła - księdza Jerzego Popiełuszkę. 

Warszawa, wiosna 2008 r.

Zło - Dobrem.

“Nie daj się zwyciężać złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

 

Zgodnie z obietnicą przesyłam pierwszy z tekstów, który ma pomóc w rozeznaniu kilku pojęć o zasadniczym znaczeniu. Na początek proponuję Wam - drodzy młodzi rozmówcy z Radia Maryja, moją definicję wezwania św. Pawła - „…zło dobrem zwyciężaj”.

Przypominam, że tak jak wszystkie inne moje teksty, ten również nie jest jakąś detalicznie uporządkowaną, sprawdzoną od strony teologicznej wykładnią zagadnienia. Przedstawiam tu jedynie, z założenia, niezbyt spójny zbiór swoich gromadzonych przez lata przemyśleń, inspirowanych wspomnieniem wielokrotnych rozmów z księdzem Jerzym.

Czasem, kiedy przypadał mój nocny dyżur w ochronie spokojnego snu księdza, zostawaliśmy wieczorem sami i wówczas w sprzyjającej atmosferze, mogłem prowadzić ważne dla mnie rozmowy. Ksiądz zanim udał się na spoczynek, miał zwyczaj pytać o sprawy osobiste. Często prosiłem Go wtedy o wyjaśnienie różnych, niezrozumiałych dla mnie, nie tylko teologicznych kwestii.

Mam świadomość, że moja teologiczna wiedza, nadal jest bardzo skromna. Wiem, że mogę błądzić w szczegółach, jestem jednak przekonany, że rozważając poruszone tu sprawy warto uwzględnić moje doświadczenie płynące z obcowania ze Sługą Bożym - księdzem Jerzym. Pisząc ten tekst, z założenia nie zasięgałem porad teologów. Dodam jeszcze, że niestety nie dysponuję umiejętnością sprawnego posługiwania się piórem, ale skoro wykwalifikowani fachowcy nie zajmują się analizą i popularyzacją nauczania ks. Jerzego - to cóż… Uznałem, że wartością będzie samodzielne zaprezentowanie tego, co jest echem wspomnianych rozmów. Tego, co zdołałem zapamiętać i następnie mniej, czy bardziej udolnie rozwinąć.

Zapewniam, że to o czym piszę, nie jest efektem oczytania we współcześnie dostępnych publikacjach. Można chyba traktować ten zapis, jako formę świadectwa i w jakimś sensie, namiastkę przekazu od męczennika.

Mam jeszcze nadzieję, że po tej lekturze będziecie mieli wiele własnych przemyśleń. Może pod wpływem moich refleksji, sami lepiej zdefiniujecie, a następnie przekażecie innym te niezwykle istotne pojęcia, tak często niestety zawłaszczane przez zło.

Zacznijmy więc od:

 „NIE DAJ SIĘ ZWYCIĘŻYĆ ZŁU,

ALE ZŁO DOBREM ZWYCIĘŻAJ”

By zwyciężać zło dobrem musimy być świadomi, że zło istnieje tylko w relacji do dobra. Nie jest więc ono bytem samodzielnym. Zło, choć jest zdefiniowane jako grzech, nie ma jakiegoś jednoznacznego, powszechnie rozpoznawalnego oblicza. Przebywa w ciemności i tam działa - pozornie niedostrzegalne. Pozornie, albowiem w świetle Ewangelii, możemy je zobaczyć w całym jego przerażającym wymiarze.

Oczywiście zło robi wszystko, by ukryć przed nami swoje istnienie. Bowiem tylko wtedy, gdy nie jesteśmy go świadomi, ma szansę pustoszyć nasze wnętrze. Często przyobleka ono pozory dobra, mami nas i wodzi na pokuszenie. Niekiedy możemy dostrzec znamiona zła w niezwykłych, dotykających nas niepokojących zdarzeniach. Czasem widać jego działanie w chorobowo zniekształconych rysach twarzy, w zdeformowanych sylwetkach napotykanych, zniewolonych żądzami i nałogami ludzi. Jednak, by pozostać niedostrzegalne, zło posłuży się każdym sposobem kamuflowania swojego - jakkolwiek rozumianego obrazu. Odwraca, wręcz kradnie znaczenie powszechnie uznanych, ugruntowanych pojęć, w tym również tego sławnego Pawłowego zawołania. Zły jest przecież księciem kłamstwa!

Z definicji wiemy, że prawda jest wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości - takiej, jaką ona jest. Tymczasem, choćby w tzw. mediach głównego nurtu (którymi zło posługuje się w sposób mistrzowski) obowiązuje zasada, że prawdą jest to co zaistnieje w ludzkiej świadomości, wskutek uporczywego nagłaśniania jakiegoś zagadnienia.

Zło chętnie i od zawsze lansuje legendę walki dobra i zła. Przy pomocy swoich sług kłamstwa przekonuje nas, że i dziś, jak niegdyś w czasach herezji manichejskiej,1 ciągle zmagają się ze sobą dwa przeciwstawne, jakoby równoprawne byty. Trwa też podobno nieustanna walka światła z ciemnością.

To zapewne dlatego tyle słyszymy ostatnio we współczesnych, propagujących pogaństwo środkach przekazu, opowieści o dobru i złu, a tak niewiele w tym kontekście o istocie sprawy, czyli o Bogu i szatanie i o wspomnianej relacji zła, w odniesieniu do dobra. Tymczasem jedyną walką, z jaką mamy tu do czynienia, jest nasze wewnętrzne zmaganie się z problemem zawierzenia. Nie potrafimy bowiem dokonać jednoznacznego wyboru, czy pójść śmiało w kierunku jedynego światła, czy pozostać gdzieś w rzekomo bezpiecznej strefie półmroku. To właśnie na utrudnianiu podejmowania właściwych decyzji, z grubsza rzecz biorąc, polega istota działania zła.

By wytrwać na drodze do domu Ojca, musimy prosić o dar rozeznania. Kiedy otrzymamy tę łaskę powinniśmy podejmować wysiłek rozróżnienia Dobrego i złego. Musimy nauczyć się takiej klasyfikacji tych pojęć, w istocie tych duchów, by nigdy nie mogło dojść do ich pomylenia. Kiedy już osiągniemy taką zdolność, winniśmy podzielić się tą wiedzą z bliźnimi - najlepiej świadectwem własnej życiowej postawy.

Rozeznając, trzeba odróżniać zwykłe potocznie używane pojęcia, jak dobroczynność czy zło kojarzące się z trudami egzystencji, od tego dobra i zła o którym mówił św. Paweł. Nie wolno nam też bezrefleksyjnie akceptować, nader często dokonywanej zmiany znaczenia i wymowy gestu nadstawiania drugiego policzka. Ten, choć z gruntu chrześcijański, nie jest najlepszym sposobem zwalczania zła. Należy go raczej traktować, jako demonstrację pokory, czy miłosierdzia - bijący nie wie bowiem co czyni. Kiedy podejmujemy wysiłek by wyzwolić się z sideł zła, musimy pamiętać, że nie wolno nam tego robić w oparciu o własne siły. Szatan jest potężnym duchem i człowiek samodzielnie nie jest w stanie stawić mu czoła.

Gwarancją zwycięstwa pozostaje zwrócenie się o wsparcie do Tego, który jest mocniejszy od zła, do Tego który zło pokonał na krzyżu. To właśnie tam i wtedy w perspektywie zmartwychwstania, dokonało i dokonuje się zwycięstwo nad złem. Od czasu ukrzyżowania Dawcy dobra, imperium zła może się już tylko kurczyć - aż do całkowitego unicestwienia. Nie oznacza to, że zło przestaje już skutecznie działać. Wprost przeciwnie, mając świadomość ograniczonego czasu, nasila ono swoją niszczycielską moc i „jak lew ryczący krąży patrząc, kogo by jeszcze pożreć”. Jednak przestrzeń wokół krzyża jest i pozostanie przestrzenią wolności.

Pod krzyżem na Golgocie stał tylko jeden z uczniów Jezusa - Jan i to on właśnie, jako jedyny spośród nich, zmarł w sposób naturalny w późnej starości. Jest to wyraźne wskazanie, że trzeba przylgnąć do krzyża. Wiedzieli nasi przodkowie, że bezpieczni będziemy tylko pod krzyżem - tylko pod tym znakiem…

Zwycięstwo dobra nad złem dokonuje się zatem w obecności krzyża, poprzez modlitwę i dzięki płynącej z niej łasce poznania wyzwalającej prawdy.           Przypomnijmy sobie zwycięskie zmaganie się Jezusa ze złem, gdy pościł On na pustyni. Możemy być pewni, że jeśli przylgniemy do Boga sercem i modlitwą, to i nas wyprowadzi On z zagrożenia i zło odprawi. Przez całe nasze życie powinniśmy zatem prosić Ducha Świętego o wsparcie, o łaskę poznania wyzwalającej Ewangelii i komunię z Jej Głosicielem.

 

Zło dobrem zwyciężać znaczy jeszcze, zawierzyć bez reszty Chrystusowi!

Zawierzyć zaś, to wczuć się w położenie ojca (Abrahama), który uniósł już uzbrojoną w nóż rękę, nad głową swojego jedynego syna, bo taką wydawała się mu być wola Boga.

 

Zawierzyć, to powiedzieć Bogu - TAK! Podobnie, jak to uczyniła młoda dziewczyna - Maryja, pomimo, że była już obiecana oblubieńcowi. Wiemy przecież, że w tamtych czasach i w tamtej kulturze groziło jej za to ukamienowanie.

 

Należy jeszcze pamiętać o nakazie miłości nieprzyjaciół. Sidła nienawiści, są bowiem jednym z najgroźniejszych narzędzi złego. To dlatego Jezus upomniał nas, że bratu trzeba przebaczyć nawet siedemdziesiąt siedem razy. Nigdy, przenigdy nie wolno nam uczestniczyć w walce przeciwko drugiemu człowiekowi! (czym innym sprawa, a czym innym człowiek ). Musimy też pamiętać, że za wymierzonymi w nas, mniej czy bardziej świadomie, złymi uczynkami innych ludzi - zawsze stoi zły. Zwalczajmy więc zło dobrem i „módlmy się, byśmy do końca pozostawali wolni od lęku oraz żądzy przemocy i odwetu”.2

 

Pamiętajmy też powtarzając po św. Maksymilianie i księdzu Jerzym:

"Tylko poznanie Prawdy i kierowanie się jej wyzwalającą nauką, uczyni nas prawdziwie wolnymi, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia."

Jednak - wolność, która wynika z prawa Bożego, zakreśla też obszar odpowiedzialności. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianego, wynikającego z otrzymanej łaski, obowiązku nieustannego poznawania prawdy i konieczności dzielenia się zdobytą wiedzą z tymi, którzy nie potrafią podejmować wysiłku rozeznania.

Ksiądz Jerzy przypominał, że wolność jest dana człowiekowi jako wymiar jego wielkości. Warto w tym kontekście zauważyć, że jedyna wolność warta najwyższej ofiary, to wolność wynikająca z poznania prawdy. Każde inne pojęcie wolności, jak np. wolność ojczyzny, ma inny, zwykle społeczny wymiar.   Jeśli społeczność w swoim działaniu nie odwołuje się do ewangelicznej prawdy, to nie wolno w imię takich czy innych idei, szafować boskim darem życia. Umiłowanie wolności ojczyzny, rodzi właśnie obowiązek poznania prawdy i takie budowanie na jej fundamentach, aby dzieło mogło być trwałe - dla dobra pokoleń. Każda inna prawda tzw. obiektywna, czy naukowa etc, jeśli nie odwołuje się do Boga, nigdy nie uczyni nas prawdziwie wolnymi.

Żaden związek, czy to osobisty, czy społeczny, jeśli nie jest oparty na Ewangelii nie jest wart ofiary z życia, a tym bardziej z życia wiecznego!

Jedyną niewolą, jakiej powinniśmy pragnąć ze wszystkich sił i z całego serca, jest bezwarunkowe oddanie się do dyspozycji Ojcu wszelkiego stworzenia.

Pamiętajmy jeszcze, że nadmierna troska o własny, źle pojmowany dobrostan, przesadna dbałość o pozytywny, akceptowalny społecznie wizerunek - nieuchronnie uwikła nas w niewolę.

Jeśli zatem zło istnieje tylko w relacji do dobra, to by je zwyciężyć po prostu pozostańmy przy dobru. Służmy mu i pamiętajmy o przestrodze Nauczyciela, by „na drogi pogan nie zachodzić”. Czyhają tam na nas liczne pułapki, takie jak hedonizm, konsumeryzm, czy schlebianie własnemu rozumowi. Zagrożeniem jest też przeświadczenie, że można polegać wyłącznie na swoim, często przecież źle uformowanym sumieniu.

I jeszcze to jedno, czyniąc dobro powinniśmy mieć świadomość, że nie spłacamy w ten sposób jakiejś należności. Nigdy nie oczekujmy z powodu czynienia dobra nagrody, zwłaszcza tu na ziemi. Nie możemy bowiem sami dokonać żadnego wykupienia. Wykupił nas z niewoli grzechu Jezus Chrystus swoją krwią i tylko On, a nie nasze dobre uczynki może dać nam mieszkanie w domu Ojca. Oczywiście czyniąc dobro pomniejszamy obszary działania złego i w ten sposób też przyczyniamy się do zwycięstwa nad nim. Nie jest to jednak automatyczne zadośćuczynienie - załatwienie sprawy.

 

Na zakończenie, dla tych, którzy lubią konkrety przywołam jeszcze cytat z księgi proroka Izajasza: (Iz 1,10.)

„Słuchajcie słowa Pana, wodzowie sodomscy, dajcie posłuch prawu naszego Boga, ludu Gomory. Obmyjcie się, bądźcie czyści. Usuńcie zło uczynków waszych sprzed moich oczu. Przestańcie czynić zło. Zaprawiajcie się w dobrem. Troszczcie się o sprawiedliwość, wspomagajcie uciśnionego, oddajcie słuszność sierocie, stawajcie w obronie wdowy.”

Jest to dość wyraźna wskazówka, jakimi sposobami możemy zwalczać zło, kiedy już poznamy i pokochamy prawdę.

Tak właśnie czynił ksiądz Jerzy. Upominał się o sprawiedliwość, wspomagał uciśnionego i stawał w obronie „wdów”, czyli słabszych.

Troszczmy się jeszcze o pielęgnowanie cnoty wewnętrznej radości. Mamy prawo, a nawet obowiązek demonstrować radość, albowiem wynika ona z faktu naszego dziecięctwa Bożego. Ksiądz Jerzy przypominał, przywołując słowa prymasa Wyszyńskiego „Tylko Szatan smutny jest od urodzenia”.

 

Zachowując wewnętrzną radość, będziemy bardziej usposobieni do poznania miłości

O miłości zaś, napiszę następnym razem.

 

Zaprawieni w boju, jak najczęściej odmawiajmy ten egzorcyzm.

Modlitwa do św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a ty Wodzu Zastępów Niebieskich, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. AMEN

 

 

1 Manicheizm : Odłam gnostycyzmu, herezja stworzona w III w. przez Maniego. Zakładał odwieczną walkę dobra ze złem, ponieważ według manichejczyków rzeczywistość podzielona jest na królestwo Boga i królestwo szatana. Dualizm kosmologiczny odpowiadał dualizmowi człowieka, który miał posiadać dwie dusze. Pierwsza była związana z Bogiem, druga przez związek z materią wiązała się również ze złem. Z tego powodu manicheizm wymagał od swoich wyznawców ascetyzmu i życia zgodnego z etyką. W ramach tej herezji wystrzegano się grzechu, ponieważ rozgrzeszenie można było uzyskać tylko w obliczu śmierci. Prawo moralne tej doktryny ograniczało się do symboli trzech pieczęci. Członkowie tej sekty musieli pamiętać o pieczęci na swoich rękach ustach i łonie. Pieczęć na rękach miała powstrzymywać od zadawania ran, zabijania i uczestniczenia w wojnie. Pieczęć na ustach wymuszała mówienie prawdy, nie pozwalała na spożywanie mięsa i pokarmów nieczystych. Pieczęć na łonie miała ograniczać działanie czynników cielesnych. Manichejczycy uważali, że podporządkowanie się prawom trzech pieczęci sprawi, że ludzie staną się czyści a Bóg zatryumfuje. Następstwem tej sytuacji będzie koniec świata.

Manicheizm potępiono ostatecznie na soborze we Florencji w 1438 r.

(Cyt. za Tygodnikiem katolickim Niedziela.)

 

Niestety, Manicheizm, właśnie wskutek działania złego w różnych, zawoalowanych postaciach i modyfikacjach funkcjonuje do dziś, również w Kościele.

2 Są to ostatnie, publicznie wypowiedziane słowa księdza Jerzego.

 

Z Bogiem.

Adam Nowosad

Piszcie,  e - mail     Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Warszawa, jesień 2008 roku

(w reakcji na krytykę)

 

Po zaprezentowaniu mojego tekstu „...zło dobrem...”, spotkałem się z pytaniami i wątpliwościami dotyczącymi poruszonych tam zagadnień. Dochodzę do wniosku, że niektóre pojęcia chyba rzeczywiście wymagają rozwinięcia i doprecyzowania. Miałem już takie dyskusje na temat tego i innych moich opracowań, poświęconych osobie oraz przesłaniu Sługi Bożego księdza Jerzego. Zapewniam, że łatwiej byłoby mi dyskutować niż pisać, jednak.. cóż począć? Żeby uniknąć powtarzania się i mnożenia podobnych argumentów, przedstawię tu w nieco tylko zmienionej formie, fragmenty mojej odpowiedzi adresowanej do osoby szczególnie interesującej się problematyką zwalczania zła. 

„Przyznaję - użycie odnośnie zła, określenia „nie jest ono bytem samodzielnym" może budzić wątpliwości. Wielu twierdzi, że lepszym było by tu użycie słowa - „samoistnym". Owszem, jednak w całym stworzeniu (Opus Dei) nie ma żadnego w pełni samoistnego bytu, poza Stwórcą - „Nieruchomym Poruszycielem” w Trójcy jedynym Bogiem, który jest Miłością i Jego żywym Słowem (na początku było Słowo ...). Nie należy więc chyba bezkrytycznie zestawiać tych pojęć.

W głównym opracowaniu przypomniałem, że „zło istnieje tylko w relacji do dobra", gdybym zatem użył w następnym wierszu jakiegokolwiek rozwinięcia, to byłoby to trochę takie masło maślane. No, bo jakie dookreślenie będzie tu najtrafniejsze? Jedynie Bóg, od którego wszelkie dobro pochodzi ma pełnię władzy. Przypomnę - zło, samo z siebie nie może zaistnieć tam, gdzie by chciało, a oczywiście chciałoby wszędzie. Jest ono trochę, jak pies na uwięzi, musimy zatem uważać żeby nie wejść w zasięg długości jego łańcucha.

Szatan był doskonałym stworzeniem Boga, Jego Cherubem, niejako ukoronowaniem dzieła. Zapewne wskutek pychy zbuntował się, prowokując do buntu wiele innych aniołów. W następstwie tego postępku, jak wiemy z Apokalipsy św. Jana, został zmieciony z niebios i wraz z trzecią częścią „gwiazd” (aniołów zła) Strącony na ziemię, którą od tego czasu samozwańczo usiłuje objąć w posiadanie. Można chyba mieć nieco wątpliwości, czy rola szatana tu na ziemi jest taka całkiem samozwańcza? Dokonania szatana będą przecież naszym problemem na Sądzie szczegółowym.

Warto poprosić teologa o wyjaśnienie tej kwestii. Warto też w tym miejscu przypomnieć, że jednym z głównych powodów buntu szatana, była pycha i zazdrość. Szatan nie mógł się bowiem pogodzić ze znanym mu zamysłem Boga o stworzeniu istoty doskonalszej od niego, czyli Najświętszej Maryi Panny. Dopiero w tym kontekście zrozumiałym wydaje się być fakt zapiekłej nienawiści szatana, do wszystkiego co Maryjne.

 

Mam taką „swoją”, zapewne wielu ludziom dobrze znaną teorię. Uważam, że szatan był tu na ziemi o wiele mocniejszy do momentu, kiedy to z jego podkuszenia ukrzyżowano Syna Bożego. Wiemy, że taki był plan Boga, ale przecież ludzie jako wolne istoty, mogli wybrać Jezusa zamiast Barabasza.

Szatan popełnił wtedy chyba największy tu na ziemi błąd - od tego czasu jego królestwo może się już tylko kurczyć. Zrozumiał zapewne i dobrze już wie, że są to dla niego czasy ostateczne. Wie, że jego władza i on sam zostaną ostatecznie unicestwieni, kiedy Pan powróci. Na marginesie - warto pamiętać, że sąd nad Jezusem trwa nieprzerwanie po dzień dzisiejszy. Dokonuje się on w naszych sercach, ilekroć świadomie wybieramy grzech, czyli Barabasza zamiast dobra - Jezusa.

W kontekście powyższych roztrząsań, przypomnę w tym miejscu, że jedną z ulubionych sztuczek szatana jest sofistyka, czyli uporczywe dyskusje na temat źle użytego słowa. Często w dobrej wierze próbujemy rozprawiać o jakimś przymiotniku, a faktycznie prowadzi to do podważania istoty sprawy. Mimowolnie zaczynamy dowodzić, że szatana nie ma, bo źle zostało użyte takie, czy inne - najczęściej wieloznaczne słowo.

I jeszcze - zdarza mi się spierać czasem na temat osobowości szatana. Wiem, że z teologicznego punktu widzenia raczej nie można obronić twierdzenia, że szatan nie jest bytem osobowym. Lubię jednak podkreślać, że to właśnie z powodu buntu przeciw swojemu Stwórcy, przestał być on osobą w  tym pełnym godności tego słowa znaczeniu. Inaczej mówiąc, sam  pozbawił się prawa do tego zaszczytnego miana.

Dodam, gdyby szatan był jednak bytem samoistnym, albo w pełni samodzielnym, to zapewne urządziłby sobie tu na ziemi np. w Warszawie na Marszałkowskiej 44/66 (nie wiem, co się tam mieści) oficjalne biuro pod szyldem „SZATAN SPÓŁKA AKCYJNA” i dalej małymi literkami „z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością”. Tak się jednak nie dzieje - choć pewnie było by to dobre. Wszyscy wiedzielibyśmy wtedy, gdzie nie wolno katolikowi zaglądać, no chyba, że ktoś świadomie by tam wpadał, np. na pogawędkę o sofistyce, sofizmatach, bądź paralogizmach (darujcie ten slang).

Nie znaczy to oczywiście, że szatan nie ma na ziemi swoich przybytków, tj. miejsc w których gromadzi swoich wyznawców. Ależ nie - takich „świątyń” jest bardzo dużo. Będą nimi wszelkie miejsca kultywowania grzechu, domy upadku zwane domami rozpusty, jaskinie hazardu itp. Nie spotkamy tam jednak szatana w jakiejś fizycznej postaci, jest on przecież niewidzialnym duchem.

Jego obecność można jednak dostrzec w tych miejscach. Będą to choćby jego wyobrażenia zdobiące takie wnętrza i jakże często, jak o tym wcześniej wspominałem, zniekształcone sylwetki i zniszczone twarze ludzi owładniętych uzależnieniami. Bywa, że oblicza tych nieszczęśników są tak bardzo zniszczone przez grzech, że aż budzi to grozę. Jednak nigdy nie jest to własna, osobowa postać szatana. Powtórzę raz jeszcze, zło które zawsze egzystuje w ciemności, jest i pozostanie tam bezpostaciowe, by zwodzić. Omijajmy więc ciemne doliny.

 

Z Panem Bogiem.

 

Ps.

Zastrzegłem już i przypominam ponownie, powyższe osobiste przemyślenia nie są, w żadnej mierze, teologiczną wykładnią zagadnienia. Każdy z was, niejako sprowokowany, powinien, zasięgając opinii uznanych teologów lub kierowników duchowych sam uporządkować sobie te pojęcia - zgodnie z obowiązującym kanonem.

Jeśli zatem w moich wywodach jest coś niezgodnego z obowiązującą teologią, należy to bezwzględnie pominąć w swoich rozważaniach. Jak każdy człowiek mam prawo do błądzenia.

Ważnym wydaje się, żeby po lekturze tego tekstu, pozostało w czytającym przeświadczenie, że „zło dobrem zwyciężać” to znaczy: bezwzględnie trwać przy Bogu i Jego Kościele!

 

Pozdrawiam i zapewniam o nieustannej modlitwie, za każdego czytającego to opracowanie. Niech Ksiądz Jerzy wyprasza potrzebne łaski.

 

Adam Nowosad

Piszcie do mnie: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Autor: Adam Nowosad                                                     Warszawa, jesień 2009 r.                                                              

                                               

MIŁOŚĆ.          

 

„Bóg jest miłością”.

 

To oczywiste stwierdzenie, tak często ostatnimi czasy powtarzane w niektórych, nie tylko świeckich mediach, nie powinno nikogo wprowadzać w błąd. Zanim nazwiemy Boga miłością musimy być w pełni świadomi, co naprawdę oznacza i jak dziś powinniśmy rozumieć to pojęcie. Niestety, głównie za sprawą wspomnianych mediów, miłość jest kojarzona dziś niemal wyłącznie w kontekście Eros. Jej zwyczajowe, świeckie przedstawienie odnosi się z reguły tylko do afektywnych odczuć do osób, czy zjawisk. Zupełnie pomijana jest też kwestia deklaracji woli.

 

Wiele, a może nawet wszystko wyjaśnia nam encyklika „Deus Caritas Est”. Zapewne warto i nawet powinno się, ze szczególną dbałością przestudiować ten wielkiej rangi dokument. Sam fakt, że pojawił się on w tym właśnie czasie nasuwa skojarzenie z dostrzeżeniem potrzeby wyjaśniania, a raczej odkłamywania, celowo wypaczonego prawdziwego znaczenia tego pojęcia. Warto i z pewnością powinno się poznać ten i nie tylko ten dokument. Mam jednak świadomość ograniczeń płynących, choćby z uwarunkowań czasowych w jakich przychodzi nam teraz egzystować. Myślę tu zwłaszcza o was młodych, którzy jesteście wpychani w rytm nieustannego pośpiechu, takiej swoistej gonitwy w kierunku czegoś, co rzekomo istnieje i jest niezbędne dla waszego funkcjonowania w „nowoczesnym” społeczeństwie.

 

Jak dotychczas, a przypomnę, że robię to w ramach naszej umowy dotyczącej pomocy w rozpoznaniu przesłania księdza Jerzego, postaram się przedstawić moje rozumienie tego zagadnienia.

 

Jak już to wielokrotnie wyjaśniałem, posiłkuję się w tym celu głównie pamięcią rozmów, które prowadziłem z księdzem Jerzym w czasie moich nocnych dyżurów i przy wielu innych okazjach. Przypominam też, że tego co piszę nie należy traktować jako dosłownego przywołania słów księdza Jerzego. Nie jest to też w żadnym razie teologiczna wykładnia zagadnienia. Przedstawiam tu w największym uproszczeniu moje rozumienie sprawy, które ma na celu  sprowokowanie was drodzy, do własnego intelektualnego wysiłku. Dokładnie tak, jak mnie uczył tego ksiądz Jerzy, pokazuję tylko kierunek poszukiwań żeby Wam, mam nadzieję, rzecz ułatwić. Staram się posługiwać zrozumiałymi sformułowaniami, tak by łatwiej było rozpoznawać tę skomplikowaną materię. Jeśli czasem nie dopełniam tego warunku, to proszę darujcie. Jak zwykle zastrzegam, że nie mam niestety daru potrzebnego do prostej prezentacji tak złożonych i o doniosłym znaczeniu zagadnień. Przypomnę, że zajmujemy się wyłącznie tymi pojęciami, do których odwoływał się w swoim bydgoskim Testamencie Sługa Boży ksiądz Jerzy. Jestem bowiem przekonany, że to w tym ostatnim Jego publicznym wystąpieniu znajdziemy wszystko, co jest najistotniejsze w przesłaniu księdza na te i nie tylko na te czasy.

 

Zacznę, więc od przywołanego już stwierdzenia, że miłość to złożone, dotykające najważniejszych sfer naszego istnienia zagadnienie. Należy zatem poprawnie je zrozumieć i przyswoić. Trzeba, im wcześniej tym lepiej, rozpocząć  proces odpowiedniego kształtowania własnej świadomości. Bezwzględnie należy zacząć od sukcesywnego poznawania Prawdy objawionej. Nie jest to łatwe, ale kiedy już wejdziemy na drogę poznania, nie poddawajmy się. Prośmy o wsparcie Ducha Świętego! Jak pamiętamy: (J.14,26.) w odpowiednim czasie „Duch Święty wszystkiego was nauczy, przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem”.

 

„Bóg jest Miłością”

 

Przedsoborowa nauka (II watykański) głosiła, że Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza a za złe karze”. 1  Ta niegdyś jasna reguła dziś, podobno z powodu szerszej interpretacji przykazania miłości, wycofana z Katechizmu, komplikuje nam rozważania. Może się nam wydać niezrozumiałe i to, nie wiem czy przedsoborowe twierdzenie, że Bóg kocha swoje dzieci miłością zazdrosną. Wiemy, że jest On miłosierny i pozostawia nam niemal nieograniczony obszar wolności, w tym również prawo do wyboru zła, ale czy wolno zapominać o Sądzie ostatecznym? Żeby nie wyglądało to,  jak straszenie przypomnijmy sobie co na temat miłości powiedział św. Paweł:

 

(1 Kor 13,1-13,13)

 

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.

 

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współ weseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

 

Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.

 

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak i zostałem poznany. Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość, te trzy; z nich zaś największa jest miłość”.

 

Warto się zastanowić dlaczego, skoro mamy tak wspaniałą definicję i wykładnię miłości, szatanowi z taką łatwością udaje się manipulować i tym, od wieków rozpoznanym  pojęciem.

 

No cóż - jednym z powodów jest zapewne i to, że jest on ponoć doskonałym, wyćwiczonym w swoim rzemiośle ojcem kłamstwa. Z łatwością potrafi więc umieścić w „swoich” mediach, nieco tylko „zmodyfikowane” definicje tego  pojęcia,  by skutecznie zwodzić coraz to nowe pokolenia. Poza tym, skoro miłość jest Bogiem, to czemu szatan nie miałby Go zaciekle atakować. Nie wszystko jednak zależy od złego. Przyznajmy, że dzieje się tak również, dlatego, że w zamęcie tego świata zatracamy zdolność refleksji. Brakuje nam czasu i chęci, żeby zastanawiać się nad głęboką wymową cytowanego powyżej fragmentu z pierwszego listu św. Pawła do Koryntian. Jednak „Miłość cierpliwa jest” i ta jej cecha niech będzie dla nas źródłem nadziei. Ufajmy, że zdążymy jeszcze naprawić błędy i odnaleźć do niej - do Niego drogę.

 

Oczywiście, zawsze mamy prawo oczekiwać miłosierdzia naszego Ojca. Musimy jednak pamiętać, że miłosierdzie to w istocie współczucie, czy też współodczuwanie, tylko tyle i aż tyle. Współodczuwanie, to jednak nie to samo, co automatyczne darowanie wszelkich naszych świadomych występków, czy zaniedbań. Oczywiście można by dyskutować, czy aby mam tu rację? Można, ale, jak już wspomniałem w poprzednim tekście „zło dobrem zwyciężać” sofistyka jest ulubioną sztuczką szatana i zawsze będzie on dążył do zasiania takich czy innych wątpliwości. Tym czasem, źle interpretowane miłosierdzie, to kolejny, klasyczny przykład manipulacji ważnymi pojęciami.

 

Miłosierdzie przedstawia się dziś, niemal wyłącznie jako materialną dobroczynność. Zapewne nie bez powodu intensywnie nagłaśniane są liczne, świeckie, a czasem i kościelne dzieła charytatywne. Grając na uczuciach, promuje się mniej czy bardziej szczere, dobroczynne zachowania tzw. celebrytów. Oczywiście wielkie są potrzeby i wiele mamy teraz takich dzieł tak pojmowanego miłosierdzia. Dzieje się tak chyba dlatego, że łatwo jest eksponować podobno niezwykłą wrażliwość społeczną wspomnianych gwiazdorów, by konfrontować ich z „niemiłosiernym” zajętych głównie „swoim” Kościołem środowiskiem katolików. Przykłady można by mnożyć bez końca. Dobroczynność Kościoła, jeśli już, to przekuwa się na potrzeby komercji,  perfidnie manipulując  np. kult św. Mikołaja. Cóż, tak się niestety dzieje.

 

Tymczasem dobry Bóg - po prostu, kiedy przyjdzie ten czas współodczuwając, czyli wchodząc niejako w nasze położenie, usprawiedliwi nas z naszego postępowania - bądź nie. Wysłucha zapewne naszego Anioła, przejrzy zamysły oskarżyciela i rozważy, czy wchodząc na drogę grzechu, byliśmy, czy też nie byliśmy świadomi swoich czynów. Zbudowani licznymi mistycznymi objawieniami, chcemy wierzyć, że Dobry Ojciec będzie jednak miłosierny. Mamy prawo wierzyć, że Jego miłosierdzie okaże się większe niż nasze niedoskonałości (jak to pięknie zapisał w swoim testamencie Papież J.P. II). Mamy przecież prawo upadać, możemy jednak oczekiwać, że Bóg usprawiedliwi naszą słabość stanem naszej świadomości. Możemy, ale na pewno nigdy nie będzie to, jak wielu by chciało, czymś, co mam się bezwarunkowo należy - bo przecież Bóg jest miłością. Przyjrzyjmy się obrazowi Jezusa miłosiernego namalowanego na prośbę św. Faustyny. Widzimy tam, spływające z serca naszego Pana obfite zdroje łaski, jednak na samym dole tego wyobrażenia umieszczony jest napis „Jezu ufam Tobie”. Możemy mieć nadzieję, że łaska ta spłynie i na nas, ale czy ta deklaracja zaufania nie jest warunkiem? Zaufać, znaczy zawierzyć, a to jest droga - długa i niełatwa droga. Trzeba jednak na nią wejść i podążać nawet, gdy wyda nam się ona ciemną doliną.

 

Jezus Chrystus powiedział: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali”. Jest to szczególny dar Kościoła - przykazanie niejako nadrzędne, streszczające i dopełniające wszystkie inne przykazania. Wielkie znaczenie w tym kontekście ma zatem zrozumienie pojęcia „miłość”. Szatan  ma tego świadomość i zapewne z tego powodu poświęcił tak wiele swojej uwagi, by utrudnić nam to zadanie.

 

Niezrażeni tym rozważajmy, np. 1.J 4,7-10, (Czytanie z Pierwszego listu świętego Jana Apostoła): „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego, jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy”. Jeszcze ten cytat: „Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”.

 

Książe kłamstwa dobrze zna to Pawłowe upomnienie i tu również upatruje  swojej  szansy („gdybym posiadał wszelką wiedzę”). Często zachęca on nas, ucz się, ucz się wszystkiego. Zachłystuj się wiedzą, poznawaj rzeczy tajemne, bo ktoś je skrywa byś nie był taki mądry jak powinieneś. Wie on dobrze, że człowiek bywa pyszny i co gorsza próżny. Kim będziemy, choćbyśmy wykuli na pamięć cały Stary i Nowy Testament, przestudiowali uważnie Katechizm i encykliki wszystkich Papieży, a miłości nie poznamy? Możemy studiować wiele języków czy dyscyplin naukowych, jeśli jednak nie dowiemy się, co naprawdę znaczy miłość będziemy jak „cymbał brzmiący”. Tymczasem, jak twierdzę, wystarczy bodaj próbować zrozumieć to pojęcie, żeby mieć szansę żyć i kochać prawdziwie! Pamiętajmy u Boga ważne jest nasze szczere pragnienie poznania,„chęć szczera” (nie bez powodu niegdyś wyszydzono i to pojęcie).  Nawet jeśli nie uda nam się osiągnąć pełni celu, będziemy usprawiedliwieni. Ważne, byśmy próbowali!

 

Warto uświadomić sobie, że Bóg, który jest miłością, jest jako taki, bytem niepojętym. Nie sposób więc, tak do końca ogarnąć ludzkim rozumem, co znaczy miłość, nie sposób też doświadczyć tu na ziemi pełni miłości. Jednak powinniśmy do takiego poznania dążyć i tej miłości pragnąć.

 

Bywa, zwłaszcza wśród starszych stażem małżeństw, że kiedy umiera jedno z małżonków, w niedługim czasie drugie gaśnie i podąża śladem pierwszego. Ci, którzy znają takie przypadki wiedzą, że za swojej młodości, jak i w dojrzałym życiu małżonkowie ci nieraz ledwo się tolerowali. Jednak po długim współżyciu odnaleźli coś, bez czego nie chcieli już żyć samotnie. Czy było to tylko zauroczenie walorami płci odmiennej? Spróbujmy to „coś” zrozumieć, spróbujmy dowiedzieć się, co to znaczy „miłość warta życia”. Co było tak silnym, że aż nierozerwalnym spoiwem takich dwojga. Zwróćmy też uwagę, że pojawia się tu pojęcie „dłuższego czasu”.

 

Miłość, to też ofiarowanie siebie drugiej osobie. Pewną pomocą zrozumienia tych zjawisk, niech będzie znany nam, wynikający z sakramentu małżeństwa fakt, że w takim związku, jeśli jest sakramentalny, zawsze jest obecny Chrystus - Bóg, który jest miłością. Znane są jednak i takie przypadki, że związki nie sakramentalne bywają równie silne. Oznacza to pewnie tyle, że ludzie ci też zrozumieli, co znaczy bezwarunkowe ofiarowanie siebie. Myślę, mam nadzieję, że Ojciec wszelkiego stworzenia ma również dla takich dwojga wiele miłosierdzia.

 

A więc - prawda! Bóg jest miłością, ale zauważmy, że niekiedy trzeba całego życia, żeby dowiedzieć się, co to tak naprawdę oznacza. Jak silna może być tęsknota za miłością skoro można nie chcieć bez niej żyć.

 

 Miłość powinna zatem kojarzyć się nam z kształtowaną przez lata, dojrzałą postawą wobec Boga, ludzi i całego Dzieła Stworzenia. Jest ona też niezbędnym warunkiem wolności i posłuszeństwa, które jedynie w miłości mogą się realizować. Niestety, tego wszystkiego dowiadujemy się zwykle dopiero w późniejszych latach życia. Zmierzając konsekwentnie drogą poznania prawdy doświadczamy często mniej, czy bardziej bolesnych zdarzeń. Powinniśmy chyba bardziej szanować mądrość naszych dziadków. Jeśli ich nie mamy, jesteśmy pozbawieni jednego z najcenniejszych drogowskazów i częściej błądzimy.

 

Młodzi, zwykle są niecierpliwi i nie można się temu dziwić. Trzeba jednak, żebyście częściej sięgali również po to, co pozostawili nam świadkowie Chrystusa.

 

Zachęcam do rozważania i tej swoistej definicji miłości, którą spisał św. Jan:

 

1 J 4,7-10 Bóg jest miłością.

 (Z Pierwszego listu świętego Jana Apostoła.)

„Umiłowani, miłujmy się wzajemnie,

ponieważ miłość jest z Boga,

a każdy, kto miłuje,

narodził się z Boga i zna Boga.

Kto nie miłuje, nie zna Boga,

bo Bóg jest miłością.

W tym objawiła się miłość Boga ku nam,

że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat,

abyśmy życie mieli dzięki Niemu.

W tym przejawia się miłość,

że nie my umiłowaliśmy Boga,

ale, że On sam nas umiłował

i posłał Syna swojego

jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy”.

 

Dalej:

 J 4,11-18 Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas.

 „Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował,

to i my winniśmy się wzajemnie miłować.

Nikt nigdy Boga nie oglądał.

Jeżeli miłujemy się wzajemnie,

Bóg trwa w nas

i miłość ku Niemu jest w nas doskonała.

Poznajemy, że my trwamy w Nim,

a On w nas,

bo udzielił nam ze swego Ducha.

My także widzieliśmy i świadczymy,

że Ojciec zesłał Syna jako Zbawiciela świata.

Jeśli kto wyznaje,

że Jezus jest Synem Bożym,

to Bóg trwa w nim, a on w Bogu.

Myśmy poznali i uwierzyli miłości,

jaką Bóg ma ku nam.

Bóg jest miłością:

kto trwa w miłości, trwa w Bogu,

a Bóg trwa w nim.

Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości,

ponieważ tak, jak On jest w niebie,

i my jesteśmy na tym świecie.

W miłości nie ma lęku,

lecz doskonała miłość usuwa lęk,

ponieważ lęk kojarzy się z karą.

Ten zaś, kto się lęka,

nie wydoskonalił się w miłości”.

 

Prawda, że piękne - „doskonała miłość usuwa lęk”! Dalej - „ten zaś, kto się lęka nie wydoskonalił się w miłości”! Cóż dodać.

 

Powtórzę jeszcze z poprzedniego rozważania (zło - dobrem) tę refleksję: Tylko pod krzyżem, właśnie tak, jak uczynił to Święty Jan, konsekwentnie stojąc mocno na gruncie prawdy możemy mieć nadzieje, że poznamy co to miłość, że poznamy Boga! On jest jedyną miłością!

 

Na zakończenie dodam, że nie znajduję sposobu by to rozważanie jakkolwiek podsumować. Nie sposób chyba podzielić się jakąkolwiek ostateczną refleksją zamykającą i porządkującą raz na zawsze poruszone tu zagadnienia. Ja przynajmniej tego nie potrafię. Można przecież jeszcze wiele mówić o miłości, np. tej najwyższej wartości, „gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół”. Miłość, to też pragnienie i dzielenie się dobrem. Wspomnieć raz jeszcze wypada, że bez miłości nigdy nie będzie posłuszeństwa w Kościele, w małżeństwie, czy społeczeństwie - posłuszeństwo  nie może być bowiem oparte na lęku. Jedyny lęk o którym trzeba pamiętać, jak mówił ksiądz Jerzy to: „lęk przed zdradą Chrystusa, za garść jałowych srebrników”. Bez miłości, tego nadrzędnego przykazania streszczającego prawo i proroków, nigdy nie będziemy w stanie poprawnie przyswoić sobie Starego Testamentu. Zawsze będzie kusiło używanie go, jak egzegetycznej dźwigni do podważania nauk Chrystusa.

 

Naprawdę, można otworzyć jeszcze wiele mniej, czy bardziej znamienitych opisanych wielokrotnie wątków, jak choćby sprawiedliwość w kontekście miłości. Zawsze jednak na koniec, niezależnie od tych wszystkich rozważań, staniemy przed koniecznością udzielenia sobie odpowiedzi, czy naprawdę już wiem, czym, a raczej kim jest miłość? Czy potrafię, prawdziwie kochając całe dzieło Boże, wypełnić zawarte w tym jednym przykazaniu prawo, tak, bym mógł mieć udział w Królestwie Bożym? Pozostaje chyba tylko mieć nadzieję, że nadejdzie kiedyś taki czas, że po prostu zatęsknimy za miłością tak bardzo, że nie będziemy już chcieć bez niej żyć. Więcej, że obejmując pełnią miłości swoich najbliższych, zapragniemy jeszcze bardziej by i oni, zachowując wolność wyboru, wybrali jak my - mieszkanie w domu Ojca.

 

Czy, kiedy ten czas nadejdzie będzie to jeszcze tylko uczucie - afekt, czy już rozumna postawa? Chyba  nigdy nie będziemy tego pewni, w końcu jesteśmy tu na ziemi tylko na krótki czas. Pielgrzymujemy również po to, jeśli nie głównie po to, by nauczyć się miłości. Tam, bowiem dokąd zmierzamy, jest już tylko miłość - warto więc próbować poznać  ją już teraz.

 

Z Panem Bogiem Drodzy

 

Następnym razem, jak chciał ksiądz Jerzy - o męstwie.

 

1.  W tym miejscu z powodu wielu kierowanych do mnie uwag muszę dodać, że oczywiście pamiętam o „posoborowej nauce” i nie mam zamiaru jej negować. Jak wielokrotnie pisałem, odnoszę się w swoich tekstach do klimatu czasów moich rozmów z księdzem Jerzym. Prawda o „Bogu, który jest miłością” nie była wtedy jeszcze tak hałaśliwie nagłaśniana i przekłamywana, przez lewackie i nie tylko lewackie media. To dlatego widzę potrzebę  zajmowania się tymi z pozoru banalnymi, jednak niezwykle ważnymi zagadnieniami. Należę do pokolenia katolików, którzy niezmiennie uważają, że Jezus nie jest moim„kumplem” i nie wstydzę się głośno mówić o tym, że boję się Boga.

 

 

Ps.

Zgodnie z przyjętą przeze mnie, poleconą mi przez księdza Jerzego zasadą i tym razem zachęcam do samodzielnego zgłębienia poruszonych tu problemów. Raz jeszcze powtórzę - moje teksty nie mają charakteru teologicznych wykładni i w żadnym razie nie mogą być tak traktowane. Są one jedynie, zachowanym w mojej pamięci, echem rozmów ze Sługą Bożym.

 

Będzie obciążeniem mojego sumienia, jeśli bym kogoś świadomie próbował wprowadzić w błąd, co do przesłania księdza Jerzego.

 

 

Dołączam jeszcze dwa z licznych cytatów z Pisma Świętego. Przypominam, że, jak to zastrzegł nasz Nauczyciel - „ani na jotę” nie ulegnie zmianie ta nauka.

 

Ba 4, 5-12. 27-29 Bóg, który zesłał zło, przywiedzie radość. Czytanie z Księgi proroka Barucha.

Bądź dobrej myśli, narodzie mój, pamiątko Izraela. Zostaliście zaprzedani poganom, ale nie na zatracenie; dlatego zostaliście wydani nieprzyjaciołom, iż pobudziliście Boga do gniewu. Rozgniewaliście bowiem Stworzyciela swego przez ofiary składane złym duchom, a nie Bogu. Zapomnieliście o waszym żywicielu, Bogu wiekuistym, zasmuciliście też Jerozolimę, która was wychowała. Widziała bowiem przychodzący na was gniew Boży i rzekła„Słuchajcie, sąsiedzi Syjonu, Bóg zasmucił mnie bardzo, widzę bowiem niewolę moich synów i córek, jaką im zesłał Przedwieczny. Wyżywiłam ich z radością, a odesłałam z płaczem i smutkiem. Niech nikt się nie śmieje, żem wdowa i opuszczona przez wielu. Zostałam opuszczona z powodu grzechów dzieci moich, ponieważ wyłamały się spod prawa Bożego. Ufajcie, dzieci, wołajcie do Boga, a Ten, który na was to dopuścił, będzie pamiętał o was. Jak bowiem błądząc myśleliście o odstąpieniu od Boga, tak teraz, nawróciwszy się, szukajcie Go dziesięciokrotnie. Albowiem Ten, co zesłał na was to zło, przywiedzie radość wieczną wraz z wybawieniem waszym”.

 

Ml 3, 13-20a Bóg wymierzy sprawiedliwość. Czytanie z Księgi proroka Malachiasza:

 

„Bardzo przykre stały się wasze mowy przeciwko Mnie” mówi Pan. Wy zaś pytacie: „Cóż takiego mówiliśmy między sobą przeciw Tobie?” Mówiliście: „Daremny to trud służyć Bogu. Bo jakiż pożytek mieliśmy z tego, żeśmy wykonywali polecenia Jego i chodzili smutni w pokucie przed Panem Zastępów? A teraz raczej zuchwałych nazywamy szczęśliwymi, bo wzbogacili się bardzo ludzie bezbożni, którzy wystawiali na próbę Boga, a zostali ocaleni”.

Wtedy mówili między sobą ludzie bojący się Boga, a Pan uważał i to posłyszał. Zapisano to w Księdze Wspomnień przed Nim dla dobra bojących się Pana i czczących Jego imię. „Oni będą moją własnością, mówi Pan Zastępów, w dniu, w którym będę działał, a będę dla nich łaskawy, jak jest litościwy ojciec dla syna, który jest mu posłuszny. Wtedy zobaczycie różnicę między sprawiedliwym a krzywdzicielem, między tym, który służy Bogu, a tym, który Mu nie służy. Bo oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień, mówi Pan Zastępów, tak, że nie pozostawi po nich ani korzenia, ani gałązki. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego promieniach”.

 

A może i to:

Iz 53,10-11 Cena zbawienia.

„Spodobało się Panu zmiażdżyć swojego Sługę cierpieniem. Jeśli wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pana spełni się przez Niego. Po udrękach swej duszy ujrzy światło i nim się nasyci. Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu, ich nieprawości on sam dźwigać będzie”.

 

 Czyż nie o księdzu Jerzym?  On naprawdę przeszedł śladami Chrystusa!

 

Piszcie do mnie:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

 
Przewodnik Katolicki 48/2013 

Cierpiała jak Maryja

 
autor: Anna T. Pietraszek

Ilekroć mogłam ją widzieć, wpatrywałam się w jej oczy. Za każdym razem napotykałam spojrzenie bez kresu, takie głębokie, badawcze. Wtedy zawsze odruchowo robiłam w sercu błyskawiczny rachunek sumienia, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę zasługuję na to specjalne wyróżnienie, czy mogę stanąć i rozmawiać z Matką Męczennika.

 

W oczach Marianny Popiełuszko widniała ta dal bezkresu, świadcząca o największej życiowej mądrości, tej zdobywanej codzienną modlitwą, ciężką pracą i własnym cierpieniem. Te oczy wyrażały świadomość mocy kapłaństwa, znaczenia kapłaństwa jej syna. Ona rozumiała doskonale, jak niewielu innych, co oznacza powołanie kapłańskie. 
Swoim przenikającym sumienie spojrzeniem świadczyła o tym, jaka powinna być prawdziwa wiara.

 

Uwierzyła Bogu we wszystkim

 

Wiara bez wątpliwości, bez zbędnych pytań, bez dociekań, wątpliwości i… bez krytykowania powołanych. Ufała Panu Bogu całkowicie, była wzorem wiary, świadkiem wiary, takim jak każdy z nas, chrześcijan, powinien być. Powinien… Matka ks. Jerzego nie dyskutowała z wiarą, nie sprzeciwiała się w niczym Panu Bogu. Dawała świadectwo swojej wiary nie tylko w swoim codziennym życiu, ale przede wszystkim uczestnicząc przez 29 lat, które upłynęły od śmierci jej syna, w uroczystych Mszach św. za Ojczyznę czy w każdej swojej wypowiedzi kierowanej do znajomych, do hierarchów, do mediów, pisarzy, badaczy… Bardzo niechętnie stawała przed kamerami, a przekonałam się o tym osobiście w roku 2000, gdy realizowałam film o ks. Jerzym. Przyczyną jej niechęci nie była jakaś specjalna nieufność wobec mediów. Ona po prostu nie chciała wynosić samej siebie przed swego syna kapłana. Wtedy zgodziła się dać świadectwo. Postawiła mi jeden warunek: przy nagrywaniu musi być obecny kapłan, któremu ufa całkowicie, czyli ks. prałat Zdzisław Peszkowski, nasz kapelan Rodzin Katyńskich. Ma on stać tuż obok kamery, przy reżyserze. Przez całe nagranie! I tak było. Ustawiłam panią Mariannę przy oknie w pokoju ks. Jerzego, w jego mieszkanku w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu w Warszawie. Okno było uchylone, a za ramieniem Matki widać było grób jej syna… Na parapecie okna ustawiłam krucyfiks, ten, z którym ksiądz Jerzy wędrował przez dorosłe życie, od wyjazdu z rodzinnych Okopów, ten, tak omodlony przez niego samego. Matka spoglądała poprzez krucyfiks na pobliski grób swego dziecka.

 

Świadectwo Matki


Matka Męczennika mówiła jakby tylko do nas, ani razu nie spojrzała w obiektyw kamery filmowej, w to specyficzne oko współczesnego świata. – To było moim pragnieniem, w mojej modlitwie, o to zawsze prosiłam Boga, o łaskę, żeby dziecko, które się narodzi, było albo kapłanem albo zakonnicą, bo nie wiedziałam, co noszę w sobie. A widocznie Bóg prośby mojej wysłuchał. I tak się stało. I dlatego mogłam znosić to wszystko, to cierpienie pogrzebowe, bo wtedy przypomniało mi się, że tak Bóg chciał, że taka wola Boża była, żebym ja była matką kapłana i matką męczennika – opowiadała Marianna Popiełuszko.

– Zawsze na stoliku ołtarzyk z obrazków ustawiał. Pod krzyżem klękał… I ta moc Boża była już przez niego okazana. Duch Święty w każdym jego kroku, w jego słowach działał. Kadzidełkiem takim z czarnymi węgielkami machał. To już było znać, że coś idzie w kierunku do Boga – mówiła o ks. Jerzym matka. – W wojsku nie załamał się. Za różaniec był ganiany, prześladowany. Ale różańca nie zrzucił z palca, na różańcu tym malutkim zawsze przesuwał… Mówił mi, że dobrze, że na niego popadło prześladowanie, bo on zawsze zgadza się z wolą Bożą i wytrzyma, a gdyby ktoś inny to był, może by się taki i załamał – mówiła pani Marianna. A ks. Jerzy – aż siedemnaście lat przed naszym nagraniem z Matką – napisał jako treść IV stacji Drogi Krzyżowej: „…Spotkanie z matką. Każdy człowiek miał albo ma matkę, matce nie wolno opuścić swojego dziecka ani zapomnieć o nim. Przy Krzyżu spotkały się dwie największe miłości, prawdziwej matki i prawdziwego syna”. 
Po nagraniu Marianna Popiełuszko natychmiast wyszła z pokoju, poszła wprost do grobu, wyjęła różaniec i długo modliła się zapatrzona w kamienną płytę. Bezbrzeżny smutek był wtedy w jej oczach. Ból, nieukojone cierpienie.

 

Polska Pieta

Potem, podczas uroczystości beatyfikacyjnych stałam blisko Matki Błogosławionego. Naprzeciw niej były nieprzebrane tłumy. Była zmęczona upałem, ale trwała niezwykle godnie, w pełni świadomie publicznie reprezentując beatyfikowanego właśnie syna. Mówiła ze spokojem i mocą. Znała dobrze ogrom odpowiedzialności za każdy gest, za każde słowo, ale ufała niezłomnie Bogu i stąd brał się jej spokój. Ona już była jakby nie z tego świata, nie z poziomu tej ziemi. Tłumy i media nie robiły na niej wrażenia. Polska Pieta. Matka pod krzyżem, na którym ludzie rozpięli jej dziecko, umęczyli na śmierć. Dlatego stale, przez 29 lat, modląc się o nawrócenie grzeszników, modliła się także o nawrócenie morderców swojego syna… W kwietniu, w dniu imienin bł. ks. Jerzego, poszliśmy na Mszę św., uroczystość imieninową, z przyjaciółmi, wśród nich był dziś już emeryt, Adam Nowosad, współpracownik ks. Jerzego w latach jego posługi na Żoliborzu. Mówili mi, byśmy poszli przywitać Mamę. Odpoczywała tam w gościnnym pokoju, przy domu parafialnym, po podróży. Krępowałam się… przecież musi być zmęczona! Tylu ludzi wokół niej, lepiej dajmy jej trochę spokoju przed Mszą! Jednak koledzy zaprowadzili. Chcieli, abyśmy osobiście powiedzieli Matce, że właśnie założyliśmy Misję bł. ks. Jerzego, wspólnotę modlitewną pod opieką duchową ks. Pawła Nowogórskiego z parafii w Górsku. Ks. Paweł przedstawił nas Matce, zaczął objaśniać, co to za misja, a my uklękliśmy przed nią. Czuliśmy, że przy niej nie wypada stać. Było sporo ludzi, pokoik mały, bukiety kwiatów, duszno, wszyscy coś do Matki mówili, jeden przez drugiego. Ale gdy usłyszała „misja”, usiadła wyprostowana, na wprost nas, klęczących, w skupieniu słuchała, jakbyśmy tylko my byli sami przy niej, spotkały się nasze spojrzenia, jej przenikliwy, pełen niezwykłej siły wzrok, który czuję do dzisiaj. Powiedziała dobitnie, jakby chciała nas w pełni utwierdzić: „Modlić się chcecie! To dobrze robicie, trzeba koniecznie się modlić, dużo modlić do Jerzego, on pomoże we wszystkim, dużo modlitwy potrzeba! Dobrze robicie!”. Pobłogosławiła nas delikatnym ruchem dłoni.

 Blisko świętości

Adam Nowosad ma wiele wspomnień związanych z bł. ks. Jerzym. Był przy nim do ostatniego dnia w Warszawie, miał jechać do Bydgoszczy, ale ksiądz postanowił inaczej. Dał Adamowi na przechowanie ważne dokumenty, które dzięki temu, że zawczasu zostały ukryte, potem trafiły do komisji beatyfikacyjnej. Adam dlatego znał Mamę błogosławionego księdza. Mamę znali wszyscy i niewielu – opowiada mi teraz, w przededniu jej pogrzebu. Pierwszy raz spotkałem ją na Żoliborzu, u księdza w jego mieszkaniu. Zapamiętałem ją jako osobę bardzo skromną. Było coś w rodzeństwie księdza, w Mamie, że choć widać było, że to są skromni, a nawet bardzo biedni ludzie, to cechowała ich godność, jakaś szlachetna osobowość. Zaskakujący był ten ich widok, tak skromnych, w zestawieniu z takim wyjątkowym księdzem, tak obytym, otrzaskanym, mówiącym jasno do tłumów. Pamiętam, kiedyś ksiądz zatroskał się losem rodziców, żalił się, że za mało czasu znajduje dla nich, a oni nie będą pewnie już tak długo na świecie… jaki on się musiał czuć młodziutki, gdyż wtedy jego Mama miała… 65 lat! Widać dzisiaj, że wyprosił dla niej długie życie. Bo była z nami tak długo, do 93. roku życia, a jak to wynika z dokumentów nawet do 103. roku życia. Była z nami, aby kontynuować misję swojego syna, by dawać świadectwo miłości. I jeszcze jedna relacja, jedno jakże wymowne świadectwo opowiedziane przez Adama. – Że jest Świątobliwą Matką, dowiedziałem się już dawno temu. Spotkałem osobę, która dopytywała mnie, co ma zrobić, gdzie przekazać oficjalnie to, że za wstawiennictwem Matki ks. Jerzego stał się cud. Dziecko tej kobiety, gdy była jeszcze w ciąży, okazało się ciężko chore, z licznymi wadami i według lekarzy nie miało szans się urodzić. Ktoś z bliskich tej kobiety poprosił Matkę księdza o wstawiennictwo, o modlitwę. Matka powiedziała wtedy, żeby ta kobieta nie martwiła się, że wszystko będzie dobrze, że ks. Jerzy się zatroszczy. Dziecko urodziło się żywe, ale bez szans na dalsze życie, bez niektórych narządów. Lekarze jednak zaczęli walkę o nie. Dziecko przeżyło i żyje. Ta kobieta poszła do kościoła na Żoliborzu, by podziękować Matce księdza i aby w ogóle jej się przedstawić, bo nigdy się przedtem nie widziały. Matka, gdy tylko ją zobaczyła, od razu, pierwsza, odezwała się do niej: „Moniko, mówiłam, że wszystko będzie dobrze, teraz już będzie tylko lepiej, wszystko się udało!”. Młoda matka tego ocalonego cudem dziecka zapewniała mnie, że to musiała być święta, bo wcześniej nie znała przecież nawet jej imienia, nie mogła też nic wiedzieć o aktualnym stanie dziecka… Zapamiętałem tę relację i od tej pory, kiedy była taka potrzeba, prosiłem Mamę o wstawiennictwo w różnych intencjach – opowiada pan Adam.

 

Jak z innych czasów

Była do końca bardzo skromną osobą, o siwych prostych włosach, nie malowała się, nie było w niej nic sztucznego, ale była godność, jakaś szczególna szlachetność. Emanowała z niej niezłomna moc miłości. Taką ją zapamiętaliśmy. I ja sam – zwierza się Adam Nowosad – kilka miesięcy temu, choć nie miałem możliwości zwrócenia się bezpośrednio do Mamy, poprosiłem młodszego syna pani Marianny, Stasia, gdy modliliśmy się razem przy grobie ks. Jerzego, by przekazał jej moją prośbę, by modliła się w intencji bliskiej mojej rodzinie młodej kobiety, która była w zagrożonej ciąży. Lekarze orzekli, że musi poddać się aborcji, bo nie tylko dziecko, które miało ciężką wadę, nieuleczalną, ale i matka może umrzeć w trakcie porodu. Nie wiem, czy Staś przekazał moją prośbę o wstawiennictwo Matki do błogosławionego syna, ale nastąpił cud! Dziecko urodziło się i choć żyło krótko, to matka przeżyła, a co równie ważne, rozpoczęła się jej duchowa przemiana... Ufam, że Matka ks. Jerzego będzie u boku swojego błogosławionego syna orędować przed Panem w sprawach kobiet z zagrożoną ciążą i wszystkich rodziców oczekujących dziecka. 
Matka trwająca w cierpieniu zamęczonego syna. Świadczyła, najlepiej jak to po ludzku możliwe, o sensie cierpienia matczynego i sensie męczeństwa ks. Jerzego. Nasuwa się takie ewangeliczne skojarzenie: „miecz przeszył jej serce”, ale trwała w miłości do końca swych dni. Pozostaniemy w przeświadczeniu, że będzie orędowniczką u boku Syna, a potęga ich obu miłości ochroni nas i daj Boże nasz dom, Polskę. 
 

ŚWIADECTWO MARKA SZEMIELA - ze Złocieńca

Pierwsze informacje o osobie Bł. Ks. Jerzego pojawiły się w moim życiu w 1988 roku (23 lata), kiedy podjąłem studia w filii Akademii Muzycznej w Białymstoku. Tam też dowiedziałem się, że Bł. Ks. Jerzy pochodził z Podlasia oraz, że został nakręcony film o Ks. Jerzym pt."Zabić Księdza". Od tamtej pory zainteresowałem się bardzo Osobą Błogosławionego. Kupiłem wówczas film i rozpowszechniałem go w swoich stronach wśród bliskich, znajomych i przyjaciół. Nie mogłem się z tym okrucieństwem pogodzić. Już wtedy Bł. Ks. Jerzy stał się dla mnie patronem / orędownikiem prawdy, wolności i miłości. Niemalże każda potem moja wizyta w Warszawie nie obyła się bez nawiedzenia grobu Bł. Ks. Jerzego. W sklepiku nabyłem, pamiętam, fotografie upamiętniające męczeńska śmierć, w tym leżącego  w trumnie - jeszcze przed pogrzebem. Kiedy natomiast słuchałem  - nagranych na CD - homilii Księdza Jerzego, to za każdym razem doznawałem ogromnego wzruszenia. Teraz mogę bez wahania stwierdzić, że Bł. Ks. Jerzy jest wciąż obecny w moim życiu; czuję Jego obecność, miłość i zarazem Świętość. 
    Za każdym razem, kiedy klękam przed Świętym grobem Błogosławionego Ks. Jerzego, doznaję Jego wstawienniczej łaski, nawet, kiedy o nic nie proszę.
                                         /Marek Szemiel, Złocieniec, 19.XII.2013r./

 

 

 

           

 

                 MARIANNA, Matka Jerzego …

-----------------------------------------------------------------

                                                Maciej Krzysztof Dąbrowski  - MKD

 

Swoją wielką Prawdy prostotą

nauczała wszystkich nas Godności;

miała w sobie siłę Wybaczenia,

choć wybaczyć zbrodnię - to nie proste...

 

Wybaczając zabójcom Syna

zanosiła prośby do Pana

by przebaczył im też, i oświecił,

by wskazywał drogę im nieznaną.

 

Dla nich, którzy nas lekceważą - 

była pewnie zwykłym "moherem"…

dla ich szefów i mocodawców

pewnie też - tak jak my - mniej niż zerem.

 

Ona jednak, wbrew wyśmiewaczom

- jak się pewnie jeszcze okaże -

będzie może ostatnią szansą,

gdy ich wezwie Pan przed ołtarze.

 

 

________________________________ mkd ___ 19.XI.2013

„Kochać ludzi, kochać Boga, to do nieba prosta droga” – Marianna Popiełuszko nie żyje.

Pani Marianna Popiełuszko nie żyje. Zostawiła nas, odeszła do Pana, by spotkać się ze swoim mężem i błogosławionym synem.

Całe jej życie było świadectwem ogromnej wiary i pokory. Dla nas wszystkich - nieustanną szkołą wielkiej miłości do Boga i ludzi. Najlepiej mówią o tym słowa, wypowiedziane w kontekście pytania o morderców syna: ”Nikogo nie chcę osądzać, to należy do Pana Boga. Ja im przebaczyłam, teraz się za nich modlę. Niech Jezus też im daruje… „

Miałam zaszczyt i szczęście ucałować jej dłonie. Tylko tyle i aż tyle – dla mnie. Pozostanie w mej pamięci, jako wzór wspaniałej Matki - Polki, symbolu tak dziś obśmianego  i sponiewieranego. Najbardziej lubiłam cytowane przez Panią Mariannę Popiełuszko proste wierszyki, które mają taką siłę „rażenia”, że żadne traktaty teologiczne ich nie zastąpią.

Czcigodna Mamo bł. Księdza Jerzego, dziękuję Ci za Twoje świadectwo wiary i miłości do Pana Boga i Ojczyzny! Dziękuję za Twój dla nas dar największy - błogosławionego Męczennika! Niech Dobry Bóg przyjmie Cię do swojego Królestwa, byś mogła orędować za Polską mądrą, sprawiedliwą i wierną Bogu!

Red. Anna Dąbrowska,

Oddz. Tv – KSD

19.XI.2013r.