Jestem osobą wierzącą od 10 lat. Wkrótce będzie rocznica, ale o tym dowiecie się już nie długo. Dzisiaj pragnę opowiedzieć o tajemnicy świętych obcowania w moim życiu, odsłaniając rąbek tajemnicy mojego życia. Tylko tyle ile potrzeba, by zaświadczyć, że świętych obcowanie jest realną częścią naszego życia.
Dziesięć lat temu, kiedy powróciłam na łono Kościoła i zaczęłam pogłębiać swoją wiarę dowiadując się o kolejnych świętych tajemnicach, spotkałam ją. Moja pierwsza Święta – Faustyna Kowalska. Nie trzeba jej nikomu przedstawiać, bo chyba każdy na tej malutkiej kuli ziemskiej coś o niej słyszał. Każdy, oprócz mnie w tamtym momencie.
Od kiedy pamiętam obraz Bożego Miłosierdzia wisiał w moim pokoju w Kazachstanie. Nawet kiedy nie byłam wierzącą, moja mama potrafiła gdzieś do kieszeni torebki schować małego Jezusa Miłosiernego. Nic z tym nie robiłam, nie przeszkadzał mi, póki nie wchodził w drogę. Jednak nie miałam wtedy pojęcia, że zawdzięczamy powstanie tego obrazu właśnie św. Faustynie.
Poznałam ją, kiedy przyszłam do swojego kościoła parafialnego. Akurat w mojej parafii posługiwały Siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia. Dlatego mieliśmy obraz św. Faustyny i duży Bożego Miłosierdzia. Kult św. Faustyny był obecny z powodu właśnie tych Sióstr. Posługiwała w naszej parafii od lat s. Klaudia, której tak wielu tak wiele zawdzięczają. To ona sprawiła swoją osobą, życiem i opowiadaniem, że zainteresowałam się św. Faustyną.
Przyjeżdżając do Polski i chcąc pogłębiać tę więź, kupiłam sobie jej Dzienniczek. Na tyle pokochałam Faustynę, że pragnęłam być w tym Zgromadzeniu co ona. Jeździłam nawet do Krakowa, czując się tam jak w niebie. Byłam bardzo zafascynowana relacją jaka może być między zwykłym człowiekiem, jakim była Faustyna, a Bogiem – Jezusem.
Byłam wtedy młodą neofitką, na wszystko patrzyłam z zachwytem, inaczej. Nie twierdzę, że teraz straciłam ten dziecięcy zachwyt. Jednak jest inaczej, nie jest on moim stałym gościem. Wtedy wiara była taka prosta, taka naturalna, nie wymagała wysiłku. Może życie było łatwiejsze, nie wiem…
Potrzebowałam wtedy tej świętej, która wprowadziła mnie w wiarę i pokazała, że może być piękna. Nauczyła mnie, że warto walczyć o Boga, po stronie Boga, że życie „świeckie” bez Boga jest zwykłym pogaństwem. Bardzo pragnęłam ją naśladować. Pamiętam te godziny spędzone na modlitwie w pustych kościołach, czy na adoracjach, niezliczone rekolekcje i poruszenia serca, nadprzyrodzoną miłość, którą pokazywał mnie z obrazu Jezusa Miłosiernego. Potrzebowałam tego, by się utwierdzić w słuszności drogi wiary.
Życie złożyło się inaczej, nie poszłam do zakonu, bo siostry stwierdziły, że jestem młoda. Muszę pójść studiować, zakochać się, poznać życie. Jeśli zechcę wrócić to dobrze, jeśli nie - Pan ma inną drogę. Miały rację, z perspektywy lat widzę to.
Wybrałam miasto, gdzie nie posługiwały Siostry Miłosierdzia, ale Faustyna została ze mną. Na Katolickim Uniwersytecie walczyłam z niektórymi księżmi o właściwe spojrzenie na św. Faustynę. Śmieszne to było, ale byłam tak w niej zakochana, tak zauroczona jej osobą.
Jak wszystko w tym życiu, musiała odejść. Gdyż widocznie jej misja w moim życiu się skończyła, pokazała mi piękno wiary wprowadzając w dojrzałą decyzję – życia wiarą na co dzień. Okazało się, że ona miała mnie tylko przygotować na spotkanie z innym świętym, który już zostanie na dłużej.
Kiedy pojawił się ksiądz Jerzy, z zupełnie inną historią życia niż Faustyna. Nie miał mistycznych nadprzyrodzonych doświadczeń, którymi zachwycała i porywała Faustyna.
Był absolutnie normalny, jego duchowość była prosta. Może właśnie dlatego taka pociągająca? Była dostępna dla mnie, zwykłej szarej osoby, niczym nie wyróżniającej się z tłumu. Pokazał, że nie każdy musi mieć objawienia, by zostać świętym. Świętość to decyzja trwania przy Bogu w zwykłej codzienności, często szarej i tak trudnej. Nauczył, że nawet pośród burzy, niezrozumienia i przeciwności, właśnie wiara w Boga pomoże nie zwariować i zostać przy Bogu, przy kościele.
Dowiedziałam się o istnieniu ks. Jerzego na zajęciach z języka polskiego w Łodzi. Była rocznica Jego urodzin. Pamiętam, jak zapisałam w zeszycie na pierwszej kartce:
JERZY POPIEŁUSZKO (1947–1984) KAPŁAN, BESTIALSKO ZAMORDOWANY ZA WIARĘ.
Właśnie ten fakt, że tak bardzo cierpiał i cała Polska przyjechała na Jego pogrzeb sprawił, że chciałam wiedzieć więcej. Zaczęłam szukać w Internecie więcej informacji o Nim, o Jego życiu. Wtedy to znalazłam film o Nim, kupiłam książkę „Matka świętego”, dzięki której absolutnie Go pokochałam. Dowiedziałam się, że jest takie miejsce, gdzie służył i jest pochowany. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to miejsce stanie się moim domem.
19 października 2012 roku pojechałam tam po raz pierwszy. I od tego czasu już Go nie opuszczam. Kiedy przyjechałam na Żoliborz po raz pierwszy, pamiętam jak ogromne wrażenie na mnie zrobił grób ks. Jerzego. Nie mogłam przestać płakać, to było takie żywe, takie poruszające. Wydawało się, że w tym miejscu powietrze jest czystsze. Jeszcze mocniej płakałam, kiedy musiałam wrócić do Łodzi. Odtąd każde odejście stąd bolało i sprawiało, że płynęło morze łez.
Tak bardzo ks. Jerzy mnie fascynował, ale w zasadzie nie miałam pojęcia, dlaczego. Zupełnie tego nie rozumiałam. Nie mieliśmy nic wspólnego ze sobą: on był kapelanem robotników – ja na ten moment ani razu nie pracowałam. Wychowałam się w innej kulturze, innym kraju. A jednak to On trafił do mojego serce i przyciągał do wiary, do Boga, do kościoła. Wydawało się i nadal się wydaje, że mówi do mnie, że jest i zawsze będzie obok.
Kiedy o tym piszę, czy tylko pomyślę o tym jak bardzo dużo dla mnie robi – ryczę jak dziecko. A nie robię tego często, jestem twarda, życie tego nauczyło. Ks. Jerzy potrafi mnie rozbroić, sprawia, że składam broń.
Dla Niego zostawiam wszystko, bo wiem, że sprawa szerzenia Jego kultu jest większa, niż moje plany i marzenia. Odkąd Go spotkałam już nie myślę o wstąpieniu do zakonu, bo to by oznaczało, że muszę opuścić Żoliborz…Może tak miało być, może po to Bóg przywołał mnie z powrotem do swojej owczarni? Pozwolił przyjechać do Polski, by odnaleźć się w tej Osobie, w życiu żoliborskiego Męczennika?
Kilka lat temu pojechałam do domu, do Kazachstanu na wakacje. To było już po poznaniu ks. Jerzego. I proszę sobie wyobrazić, że przeglądając stare obrazki świętych w szufladzie mamy znalazłam zdjęcie ks. Jerzego z cytatem Jego ostatnich słów wypowiedzianych w Bydgoszczy 37 lat temu:
„Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.
Naprawdę nie wiem jak On tam trafił, bo znałam te obrazki na pamięć. Po nawróceniu przeglądałam je milion razy. A jednak jakoś tam był! Tak się śmiejemy, że był przy mnie od zawsze. Dopilnował, bym wybrała drogę, która mnie doprowadzi do Niego, gdyż bardzo potrzebował pomocy.
W Jego przypadku zapał nie gaśnie, nie opuszcza mnie gorliwość o Jego sprawy. Może już nie płaczę przy grobie oraz kiedy opuszczam Żoliborz, bo wiem, że za tydzień wrócę. Choćby nie wiem co, … bo KOCHAM
Moja droga wiary prowadziła mnie od Miłosierdzia Bożego w wydaniu św. Faustyny Kowalskiej, do niezłomnej wiary ks. Jerzego Popiełuszki.
 
Inna Meshkorez
 
Listopad jest bardzo ważnym miesiącem w moim życiu. Pan Bóg wszystko tak pięknie ułożył, że lepiej bym nie mogła sobie wymyśleć. A mam naprawdę bujną wyobraźnię! Zapytajcie moich przyjaciół 😉.
Tak się jakoś złożyło, że urodziłam się w listopadzie, choć planowany termin porodu był wyznaczony na początek grudnia. Bóg jednak chciał, by listopad stał się tym wyjątkowym dla mnie miesiącem.
Panuje przekonanie, że kobieta nie mówi o swoim wieku, ale co tam, ja się go nie wstydzę… Urodziłam w 1993 roku, ale tylko w 2011 zrozumiałam po co… W listopadzie właśnie…
Ciekawy zbieg okoliczności, prawda? Ku większemu zaskoczeniu – był to 11 dzień 11 miesiąca 11 roku. Symboliczne, no nie?
Wróćmy jednak ku początku. Czuję, że muszę dać świadectwo. Wszakże jest to 10 rocznica powrotu w Jego kochające ramiona.
Chwila…
Czy na pewno powrotu? Czy do tamtego zwykłego dnia, kiedy niczego wyjątkowego nie oczekiwałam, na pewno przytuliliśmy się ponownie? Czy być może po raz pierwszy, to ja Cię przytuliłam?
Pewna jestem, że wiele razy tuliłeś mnie, gdy spałam czy płakałam skulona z bólu, bo wiele się dzieje złego w życiu człowieka, kiedy nie ma w sercu Boga. Jednak to nie jest tak, że nie było Cię w moim życiu. Gdyby tak było, nie dotrwałabym do pierwszego swego Święta Niepodległości. Chroniłeś mnie, choć nie wiedziałem o tym. Z bólem patrzyłeś na wiele złych uczynków jakie popełniałam, nie zważając na Twoją miłość i błaganie o zwrócenie na Ciebie uwagi.
Nie byłam ochrzczona jak większość dzieci w Polsce we wczesnym dzieciństwie. Nie pochodzę z wierzącej rodziny, ale z polskiej. Mama jest Polką i cała jej rodzina też. Miałam wierzącą polską babcię, która ufam wymodliła moje nawrócenie, wraz z mamą. Zostaliśmy ochrzczeni całą rodziną w roku 2003, kiedy byłam w trzeciej klasie Szkoły Podstawowej. Trochę późno co nie? Ale Bóg jest mistrzem czekania…
Po Chrzcie świętym odeszłam od kościoła na 7 długich lat. Dorastałam, poszłam swoją (jak mi się wydawało) drogą, by później się przekonać, że On ma dla mnie coś znacznie lepszego. Przychodzi kiedyś w życiu moment, kiedy rozumiesz, że najlepszym reżyserem jest Bóg. To On serwuje ci najlepsze odcinki serialu twojego życia.
Odeszłam, zapomniałam o tym, że należę już do Niego. Buntowałam się, próbowałam sobie ułożyć życie kierując się własnymi zachciankami, pragnieniami ciała i tym, co mi wtedy wydawało się za najlepsze. Byłam egoistyczną, zimną osobą, raniącą bliźnich. Kierowałam swoje pragnienia ku niewłaściwym osobom, szukając zaspokojenie swojej pustki, która wciąż rosła.
Pamiętam chwile, kiedy przeklinałam Boga, płacząc i winiąc Go w swoich niepowodzeniach i kolejnych rozczarowaniach. A On cierpliwie nadstawiał policzek, płacząc razem ze mną. Jednak zupełnie z innego powodu…
Robiłam wiele rzeczy, z których nie jestem dumna. Te demony bolesnych wspomnień będą prześladować mnie do końca życia. Pomimo tego, że mi wybaczono, poczucie winy zostaje na zawsze…
Jestem jednak wdzięczna za to wszystko co przeszłam. Cieszę się, że przez to wszystko przeszłam, bo dzięki temu jestem taką osobą jaką jestem teraz – silną, może trochę upartą, ale znającą wartość życia i cenę złych wyborów. Boże uchroń moją przyszłość od ponownego upadku. Lepiej bowiem umrzeć niż ponownie oddalić się od ciebie…
Muszę też wspomnieć o związku z polskim językiem, odegrał on kluczową rolę w moim nawróceniu i całym życiu.
Kiedy byłam w 2 czy 3 klasie (rok, kiedy byłam ochrzczona) do mojej małej miejscowości przyjechała nauczycielka z Polski – Pani Elżbieta Biasalska. Chodziłam do niej około roku, może dwóch lat. Ona nauczyła mnie podstaw języka. Jednak później zabrano ją do Polski i następny nauczyciel wrócił do mojego miasta właśnie w roku mojego nawrócenia. Zabawna zbieżność okoliczności 😊
Mama mając w Polsce rodzonego brata i trzy bratanice, które wyjechały do Polski na studia, pragnęła bym również ja poszła tą drogą. Nie interesowało mnie to we wcześniejszym okresie życia. No bo miałam, jak wtedy sądziłam, całe życie w Kazachstanie – przyjaciół, miłość, wszystko. Po co mam wyjeżdżać? Żebym zmieniła zdanie, Bóg musiał mnie odizolować, zabrać to wszystko. W trudnej sytuacji okazało się, że jestem sama i nie mam nikogo.
W czerwcu 2011 roku skończyłam szkołę. Pragnęłam iść studiować na tłumacza języka angielskiego.
Tylko, że trzeba pamiętać, iż w Kazachstanie studia na wyższych uczelniach są płatne. Wyjątkiem jest nabranie dużej ilości punktów na maturze, wtedy możesz studiować na grant – bezpłatnie. Nie nabrałam tak dużo, by trafić na uczelnię. Moich punktów wystarczało na nauczyciela przedszkola w szkole zawodowej. Więc musiałam iść na płatne. Wybrałam szkołę zawodową w odległości ok. 2 godzin drogi od miasta rodzinnego Miałam tam rodzinę więc było trochę łatwiej.
Zapisałam się na tego tłumacza, ale z powodu nie nabrania odpowiedniej ilości osób – nie utworzyli grupy i zebrali ludzi z takich samych nie utworzonych kierunków. Takim sposobem powstała grupa – „księgowość”. Łatwo się domyśleć, że było to zupełnie mi nie odpowiadającą drogą.
Wtedy to przyszłyśmy z mamą na rozmowę do Pani Dziekan. Ona proponowała inne kierunki. W tym momencie pamiętam, jak zrozumiałam, że to nie jest to czego pragnę. Spojrzałam na mamę i powiedziałam, że WOLĘ POLSKĘ…
Tak się zaczęła moja droga ku światłu. Szybko znalazłyśmy w tej samej miejscowości Polonię, gdzie była nauczycielka z Polski. To było jakoś w okresie październikowym. Wtedy to zbliżało się Święto Niepodległości Polski – przygotowywaliśmy koncert, wiersze, piosenki i tańce polskie. Przydzielono mnie do grupy śpiewającej.
Polski wydawał mi się łatwy. Może dlatego, że w dzieciństwie miałam z nim styczność? Czy ten język był stworzony dla mnie, kto wie? Chodziłam do grupy przygotowującej się na studia w Polsce. Pamiętam jak jeden chłopak po lekcji, gdzie chodziłam około 2 tygodni na zajęcia, zapytał czemu jeszcze nie jestem w Polsce?
W każdym razie, dowiedziałam się, że potrzebna jest Karta Polaka, by dostać wizę na rok. Dla osoby studiującej w Polsce jest to prawie że niezbędne.
Rozmowę dla osób chcących otrzymać Kartę Polaka przeprowadzał Pan Konsul, który miał właśnie przyjechać do nas na ów koncert. Tego dnia, 11 listopada, po koncercie mieliśmy zdawać egzamin. Osoby, które również oczekiwały na swoją kolejkę pytali się jak długo się uczę polskiego. Kiedy się dowiedzieli, że kilka tygodni to zaczęli się śmiać. Powiedzieli, że nie dam radę zdać, że zadają trudne pytania z historii Polski, literatury, na które nie będę w stanie odpowiedzieć. Do tego, nie byłam pełnoletnią wtedy. Warunkiem otrzymania Karty dla osób niepełnoletnich było posiadanie Karty przez jednego z rodziców. Moja mama zdawała tego dnia ze mną więc też nie miała. Byłam załamana, od tego zależała moja przyszłość, moje studia w Polsce.
Wyszłam wtedy na korytarz, by ochłonąć i wtedy właśnie zwróciłam się do Pana Boga po raz pierwszy od dłuższego czasu, nie z zarzutami czy przekleństwem, lecz z prośbą. Choć też ciężko to nazwać prośbą, raczej egoistyczną umową. Jemu to wystarczyło zupełnie.
Powiedziałam, że jeśli mi pomoże zdać ten egzamin na Kartę Polaka to PÓJDĘ DO KOŚCIOŁA.
Weszłam na salę egzaminacyjną. Zaczęłam rozmowę po polsku. Dokładnie rozmowę, nie egzamin. Pan Bartosz spojrzał na mój wniosek, zapytał mnie tylko JAKIE MAM PLANY NA PRZYSZŁOŚĆ W POLSCE? Powiedziałam po polsku, że chcę studiować i mieszkać w Polsce. Podpisał wniosek i życzył mi powodzenia. TYLE.
Wyszłam z Sali trochę w amoku. Nie rozumiejąc co się przed chwilą stało. Nie pytał o żadną historię, o żadną literaturę czy jakąkolwiek wiedzę. Pan Bóg wywiązał się z umowy. Moja kolej. Jestem osobą, która stara się dotrzymywać słowa, więc poszłam do kościoła w najbliższą niedzielę.
Wiecie co jest najbardziej zabawne i niepojęte w tej historii? Po latach, już będąc w Polsce odkryłam swój stary pamiętnik z Kazachstanu.
Proszę sobie wyobrazić, że jest z 2011 roku. Okres: sierpień 2011 – kwiecień 2012. Mam zapisany ten dzień: 11 listopada. Zanotowałam tylko jedno zdanie – planuję w niedzielę iść z krewnymi do kościoła. Do tego dnia nie było żadnej wzmianki o Bogu czy kościele. Nic, nie zapisałam, nawet dlaczego niby poszłam do tego kościoła. Dwa dni po tym – 13 listopada – również jedno zdanie: Byłam dziś w kościele, było super!
I nagle po tym, kiedy czytasz dalej te zapiski – już dwa zdania o kościele i Bogu; trzy, cztery… Aż zapiski kończą się tym, że cały mój dzień i myśli są związane z Kościołem i Bogiem. Zabawne to jest. Można namacalnie zobaczyć, jak w ciągu tych pół roku zmieniało się moje myślenie – czy raczej kierunek tego myślenia. To jest opatrznościowe, że akurat te zapiski się zachowały. Akurat rok mojego nawrócenia. Niesamowite.
Co się wtedy wydarzyło? Kiedy przyszłam do kościoła poczułam się w domu, ta pustka w moim sercu, której żadna miłość ludzka nie była w stanie zaspokoić – nagle zniknęła. Dlaczego? Bo wypełnił ją Jedyny Bóg. Jak On długo na to czekał!
Tak się zaczęła nasza wspólna podróż i moje nawrócenie, które trwa do dziś. Ciągle mnie zaskakuje, przyciąga bliżej i pozwala się cieszyć tym, że jestem obok Niego.
Patrząc wstecz nie mogę sobie wyobrazić życia bez Jezusa. Kim bym była? Gdzie bym była? Jest całym moim życiem – On i Jego Jedyny, Święty, Katolicki i Apostolski Kościół – w którym znalazła swój dom.
Życia nie starczy, by dziękować za to, że pozwolił mnie wrócić… Tak Bardzo Cię kocham, Jezu Chryste…
Reszta, to już inna historia…
 
Inna Meshkorez

Nazywam się Pierrette Landry,  jestem Francuzką Kanadyjką i urodziłam się na Wyspie Świętej Magdaleny (Kanada).

O błogosławionym ks. Jerzym Popiełuszko usłyszałam z telewizji, a później sama starałam się o Nim znaleźć coraz więcej informacji.

Gdy miałam 18 lat Polski Papież Jan Paweł II odwiedził Kanadę.

Historia młodego polskiego księdza -  ks Jerzego bardzo poruszyła moje serce. Dowiedziałam się tylko, że został porwany, a reszta informacji o Nim była bardzo trudna do zdobycia; podobnie jak wielu innych księży przed nim - został On zamordowany.

W 1986r. zobaczyłam czasopismo ze zdjęciem ks. Jerzego na pierwszej stronie zatytułowane "Wzruszająca historia ks. Popiełuszki". Szybko zakupiłam ten magazyn i nie mogłam się doczekać by wrócić do domu i przeczytać artykuł o ks. Jerzym.

Wtedy zaczęła się moja miłość do ks. Jerzego !

W magazynie było zdjęcie ks. Jerzego z Lechem Wałęsą - to bardzo poruszyło moje serce i przywołało wspomnienie o "Solidarności".

W 2017r. postanowiłam wyszukać więcej informacji  na google na temat mojego bohatera - ks. Jerzego. Odkryłam wtedy, że ma żyjących krewnych, że za Jego wstawiennictwem dokonał się cud i że jest On teraz na drodze do świętości.

Zaprzyjaźniłam się z innymi ludźmi, którzy tak jak ja kochają ks. Jerzego: Karolina, Esther i Inna - pomagają mi bliżej poznać ks. Jerzego.

Bardzo chciałabym je spotkać, przytulić i przyjechać na Żoliborz - głęboko wierzę, że ks Jerzy ma dla mnie plan.

Kiedy się do niego modlę zwracam się do niego po imieniu: " Jerzy " bo myślę o Nim jak o moim Aniele stróżu, który chroni mnie i moją rodzinę.

Zawsze się do Niego modlę, a On nieustannie jest w moich myślach i w moim sercu. 

Bardzo żałuję, że nie miałam okazji go poznać, ale nieustannie modlę się by kiedyś spotkać go w raju....

 

Pierrette Landry z Kanady,  2 lipca 2021

Mon nom est Pierrette Landry  et je suis  Canadienne Française . je suis née  aux Îles de la Madeleine. j ai entendue parler de Jerzy Popieluszko a la télévision  lorsque  lon faisait des recherches pour  le retrouver. j avais 18 ans. le pape Jean Paul 2 était venu au canada quelques temps auparavant et le fait que l on avait enlever un jeune prêtre polonais comme lui m avait très touchée. mais à l époque c était une information qui allait se terminer là comme  tant d autres.Mais non  quelques années plus tard  peut-être en 1986 un magasine avec en première page le titre ( la touchante  histoire du père  popieluszko) a retenue mon attention je me suis vite acheté le magasine et était impatiente de me retrouver à la maison pour pour lire son histoire. et là toute a commencer pour moi . j ai vue sa photo en compagnie de Leach Walesa et elle est rester dans ma mémoire et dans mon cœur. en2017 je me suis brancher à internet et j ai commencé à faire des recherches sur mon héros. j ai vu qu il avait encore de la famille et surtout qu il avait fait un miracle et avait été béatifié. Je me suis fait des amis qu ils l aime comme moi dont Karolina qui m aide à le connaître Esther et Inna. J aimerais les rencontrer un jour à Zoliborz et les prendre dans mes bras .Jerzy fait bien les choses. Je l apelle par son prénom car je le considère comme mon ange gardien il me protège moi et ma famille. je le prie et il est à chaque instant dans mes pensées et dans mon cœur J aurait tellement aimé le rencontrer . sûrement un jour au paradis.

Pragnę podzielić się krótkim świadectwem mojej przyjaźni z bł. Ks. Jerzym Popiełuszką. Kiedy zamordowano ks. Jerzego, miałam 3 lata. Z tego czasu pamiętam przewijające się przez usta rodziców trzy nazwiska: Wojtyła, Wyszyński i Popiełuszko. Nasi rodzice opowiadali o nich jak o bohaterach. Pamiętam z dzieciństwa czarno białą książkę, na której okładce była trumna ks. Jerzego i duży napis Popiełuszko. Moja starsza siostra, młodszy brat i ja wzrastaliśmy w tym duchu. Moja rodzina jest wierząca, tata jest zakrystianinem i często w naszej wiosce dokuczano nam z powodu wiary "przezywając" tatę i brata Popiełuszko. Ale to nas nie zrażało a nawet zachęcało do poznawania postaci ks. Jerzego. Tak więc rosłam w obecności ks. Jerzego. Był ze mną zawsze, odkąd pamiętam. Prosiłam Go o wsparcie w różnych intencjach, był ze mną, kiedy wyjeżdżałam do zakonu jest i teraz. Pomógł mojemu bratankowi Wojtusiowi zmagać się z wrodzoną chorobą. Kolejne pokolenie mojej rodziny zaprzyjaźniło się z naszym błogosławionym. Jest ciągle wzywany w rodzinie.  Odczuwam Jego obecność w moim życiu, w życiu naszej rodziny. Rosłam z nim i teraz kiedy mam 40 lat, mogę nadal powiedzieć, że ks. Jerzy był od zawsze, jest i będzie. Spełniły się słowa Jana Pawła II, który powiedział:

„Oby z tej śmierci wyrosło życie tak jak z krzyża Zmartwychwstanie".

Jedenaście lat, aż musiałem sprawdzić - serio - jedenaście lat temu na głównym warszawskim placu, który powinien chyba nosić nazwę Zesłania Ducha Świętego, odbyła się  beatyfikacja - jedyna taka, beatyfikacja męczennika za prawdę - wychowanka Prymasa tysiąclecia i gorliwego ucznia „polskiego” Papieża.

 

Musiałem sprawdzić, bo nie dowierzałem, po jedenastu latach od tego spektakularnego i chyba najważniejszego dla Polski i dla Kościoła w Polsce wydarzenia wybrałem się na mszę rocznicową do Sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki na warszawskim Żoliborzu i… konsternacja… Nie do wiary - jak się dowiaduję od parafian, na mszach poprzedzających ten dzień nawet nie ogłoszono, że to jest rocznica beatyfikacji.

 

Owszem, odprawiono mszę świętą o g.18, jak najbardziej - niedzielną. Przybyła Rodzina ks. Jerzego, przyszli parafianie w ilości prawem dopuszczalnej, no i mała grupka czcicieli kultu Męczennika. Oczywiście byliśmy uczestnikami spotkania z Panem w Eucharystii i nawet odczytano nam list biskupów z okazji 100 lecia poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Jezusowemu.

Jeśli nie liczyć informacji na zakończenie mszy, że jest to dzień odpustu dla każdego kto pomodli się przy grobie księdza Jerzego, nie wspomniano ani słowem o ks. Jerzym - ani słowem!!! Szok - niedowierzanie. W najczarniejszym śnie nie mogłem sobie wyobrazić, że doczekam tego czasu - a jednak - dzieje się…

 

Krążą pogłoski, że obecność relikwii ciała bł. ks. Jerzego przy kościele św. Stanisława Kostki dobiega kresu, że trzeba je przenieść i umieścić w Świątyni, według niektórych historyków stanowiącej wotum za masońską rewoltę z 1791 roku, zwanej Konstytucją 3 maja. Wielu twierdzi, że to nie możliwe, bo wywoła to kategoryczny i powszechny sprzeciw nie tylko orędowników kultu ks. Jerzego.

 

Ale dla mnie świadka w Jego procesie beatyfikacyjnym i od 40 lat uczestnika wszystkiego tego co dzieje się w Sanktuarium Jego imienia, dostrzegalnym staje się systematyczne wyciszanie kultu w tym miejscu. Najpierw pod pretekstem unowocześnienia wnętrza świątyni, zmieniono historyczny wygląd ołtarza, przy którym Męczennik odprawiał słynne Msze za Ojczyznę. Później zlikwidowano równie historyczny napis „Czuwamy” umieszczony na płytach chodnikowych przy wejściu na teren kościoła. Jakiś czas temu wyniesiono ze świątyni historyczne sztandary fundowane przez różne grupy społeczne i związkowe gromadzące się wokół swojego duszpasterza.

 

Grób księdza Jerzego do którego, zanim przed 10 laty zaprzestano liczenia pielgrzymów, przybyło około 25 milionów ludzi, przez wszystkie lata był chroniony przez liczącą ponad 4 tysiące grupę  strażników relikwii. Jako drugi taki grób w Polsce, po Grobie Nieznanego Żołnierza miał on całodobowa asystę. Obecnie pod pretekstem pandemii zaniechano i tego zwyczaju. Czasem jeszcze jacyś najwierniejsi czciciele pełnią tu całodobowy dyżur, ale to już naprawdę wyjątki. Nie ma co się dziwić, my starsi już najzwyczajniej odchodzimy na inną wartę, a nie ma nawet cienia pomysłu na rekrutację młodzieży. No bo pandemia…

 

Przywołam tu słowa św. pamięci ks. Biskupa Józefa Zawitkowskiego wygłoszone w październiku 1987 roku podczas mszy na Żoliborzu.

„ Bojaźnią przejmuje mnie to miejsce. Tu jest Dom Boga i Brama Niebios, przybytek Boga z ludźmi. Tu jest grób Męczennika i grób kapłana, który był Jego duchowym Ojcem. Tu stanął ten, któremu na imię Jan Paweł II, Piotr, opoka naszych czasów. Tu nic się nie mówi, tu trzeba ziemię całować. Tu ziemia jest modlitwą.”

 

A dziś… zlikwidowano historyczne artefakty, w mieszkaniu świętego jest pracownia i zbiór dokumentów. I jak dziś traktować słowa biskupa„… Tu trzeba ziemię całować. Tu ziemia jest modlitwą.”

 

Kiedy 11 lat temu trwały przygotowania do beatyfikacji, miałem wiele krytycznych uwag - napisałem na tę okoliczność tekst pt. „Na dzień beatyfikacji” - jak kto dociekliwy może go odnaleźć na stronie Misji (adres poniżej). Wydało mi się wówczas, że nie dochowano należytych starań dla oprawy tego doniosłego wydarzenia. Ale rzeczywistość okazała się dużo bardziej budująca niż moje obawy. Wtedy, nie wiem, czy w zgodzie z zamiarem organizatorów, czy też z inicjatywy samego Błogosławionego przyszło nas na tę uroczystości setki tysięcy ludzi. Ksiądz Jerzy urządził kolejną po Jego pogrzebie największą chyba manifestację w mieście swojej ostatniej posługi.

 

Kolejne rocznice, to już niestety tylko aby coraz ciszej i coraz nas mniej. Chyba zamiar o którym wspomniałem wcześniej ma już szansę na rychłą realizację. Nie można mieć żalu do parafian, ani nawet do włodarzy miejsca, ci mogą tyle na ile mają zgodę. Oczywiście długi koniec tygodnia, pandemia i co tam jeszcze, w jakimś sensie usprawiedliwiają też taką, a nie inną frekwencję. Ale dlaczego nas ludzi znających księdza Jerzego osobiście przyszła na uroczystości tylko garstka - dosłownie kilkanaście osób, to tego nie rozumiem. Dwóch reprezentantów sławetnej Huty Warszawa - bez sztandaru - niepojęte, choć chwała i za to. Z reprezentacji Związku Solidarność, jedna, wspaniała, ale słownie jedna osoba. Żadnego wieńca od polityków, ba żadnego polityka. W mediach kompletna cisza. Kiedy trzeba np. przy okazji wyborów coś nagłośnić wykorzystując znaczenie męczeńskiej ofiary księdza Jerzego to i owszem, pojawia się przy grobie mnóstwo działaczy.  Ale jedenasta  rocznica - e, a co to tam… Tak właśnie zamilcza się znaczenie i sens męczeństwa świadka prawdy i wymiar Jego ofiary.

 

Gdyby nie świadomość, że tylko diabeł smutny jest od urodzenia, nie umiałbym się dziś uśmiechnąć. Ale, tym którzy byli „wyjechani” zapomnieli, nie mogli bo… Wszystkim nieobecnym powiem, że naprawdę jest czego żałować. Po rocznicowej mszy odpustowej zgromadziliśmy się wokół grobu Męczennika w towarzystwie Rodziny księdza Jerzego. Prawdziwym zaszczytem była dla nas obecność schorowanych już, brata księdza Józefa i Jego żony Alfredy oraz nadziei promocji kultu bł. ks. Jerzego Jego bratanka Marka, który pokonując bariery covidowe przybył do Polski z za oceanu, by uczcić ten uroczysty dzień. Dołączył do nas młody ksiądz, któremu przypadł w udziale obowiązek odczytania na mszy listu Episkopatu i udzielił nam u grobu Męczennika kapłańskiego błogosławieństwa. Naprawdę jest czego żałować…

 

 Nie traćmy jednak nadziei. Jestem przekonany, że kiedy do bł. księdza Jerzego dołączy wkrótce już bł. ks. Prymas Wyszyński, to wraz ze św. Janem Pawłem II będą Oni stanowili tak silną grupę świętych, że wespół poruszą niejedno polskie i nie tylko polskie sumienie. Trzeba nam wiedzieć, że obecność bł. Księdza Jerzego w tym gronie nie przynosi żadnej ujmy tym dwóm wielkim - jest On ich wychowankiem i to za głoszenie ich słów uzyskał koronę męczeństwa, która plasuje Go na najwyższym podium pośród tych i nie tylko tych świętych. Czy i jak to jest możliwe, to też warto o tym poczytać w moim „Świadectwie nieużytecznym” zamieszczonym również na stronie Misji www.misjonarzeksjerzego.pl  gdzie można też zamieścić intencje modlitewne za wstawiennictwem bł. ks. Jerzego, zaznajomić się z intencją Misji i zadać mi oraz pozostałym Misjonarzom każde pytanie.        

 

 Adam Nowosad  6/06/2021 r.                         Piszcie    ksalek.tlen.pl

O Mamie bł. ks. Jerzego.

To niezwykła Mama, nieraz proszę o Jej pomoc i wstawiennictwo... 

Miałam z panią Marianną takie dziwne doświadczenie - opiszę jak to było:

był taki czas, jakieś dwa lata temu, gdy naszedł mnie solidny kryzys wiary; gniotła mnie świadomość rozmaitych cierpień ludzi (moje przyjaciółki przechodziły bardzo trudne doświadczenia nie dając rady...) a do tego i ja sama też bywałam na granicy wytrzymałości z różnych powodów.... W każdym razie był to czas większego nawarstwienia spraw ponad moją wyporność i uczucia wraz z rozumem wydały wojnę mojej wierze - tak więc zaczęłam się w niej sypać i jakoś zdawało się, nie widać żadnego światła na ponurym horyzoncie. Chodziłam, pytałam, próbowałam łatać tę wiarę i odnosiłam wrażenie, że ciągle trafiam na bezsens. Aż mnie oświeciło... Przypomniałam sobie, że wiara rodzi się ze słuchania wiarygodnych świadków. Bardzo mocno trafiło mnie po całości- i w rozum, i w uczucia, i jakby prosto w duszę, że tym spotkaniem ze świadkiem, którego poszukuję,  było właśnie spotkanie pani Marianny. Kiedy przed laty byliśmy u niej, wzięła mnie za rękę i - jakby nie wiedzieć czemu - mówiła mi o potrzebie przebaczenia. Dla mnie to było nawet krępująco dziwne, bo w tamtym czasie nie odczuwałam najmniejszych problemów z przebaczaniem. Jakby nie wiedziałam z czym to połączyć, dlaczego akurat do mnie z taką mocą to opowiadała - a w końcu byliśmy tam w grupie pięciu osób. Krępowałam się tym, że do mnie pani Marianna kieruje takie osobiste przesłanie - z naciskiem kazała mi otworzyć stronę w albumie na zdjęciu Księdza Jerzego po wyłowieniu jego ciała z wody i mówiła o przebaczeniu, pytając czy ja rozumiem co znaczy przebaczyć... Niby słowa były jasne, schowałam je w sercu, jedynie czując powagę chwili, ale prawdę mówiąc kompletnie wtedy tego nie rozumiałam. Do czasu tego swojego kryzysu, kiedy to oświeciło mnie, że ta Kobieta, to prawdziwy świadek cudu wiary. Po ludzku, jako matka miała przecież więcej "interesu" w tym, żeby wiara nie stała się przyczyną katuszy Jej syna. Zrozumiałam to dopiero jako matka. Instynkt troski o dobro dziecka jest ogromny. Dobro dziecka w sercu matki kochającej je jest zdecydowanie ważniejsze od niej samej. To cud wiary - właśnie sama wiara pani Marianny, która świadomie i bezwarunkowo ofiarowała syna Kościołowi. Przeniosła tę wiarę ponad męczeństwo syna, Bóg ewidentnie działał w niej cuda - że to zniosła, że dalej wierzyła, że wybaczyła. To ludzką mocą nie jest możliwe. Może po to, aby to pojąć, dotykam w życiu moich granic wytrzymałości co i rusz, i mojego lęku w bezradności o los dzieci na tym świecie? Pani Marianna jest dla mnie przewodniczką wiary, drogowskazem zawierzenia. Jak Maryja... ale jednak w pewien sposób o wiele bliższa - jakby "namacalna", mimo, że już po tamtej stronie. To dla mnie ogromna łaska, że mogłam tak zwyczajnie z Nią porozmawiać, poczuć Jej dotyk, usłyszeć osobiście Jej słowa. Nie jest dla mojego chwiejnego umysłu abstrakcją (jak czasem malują się w nim wszystkie prawdy wiary i święci niewidziani) jak bardzo potrzeba nam takich NAMACALNYCH świadków? Dla mnie osobiście ważne jest też to, że była żoną swojego męża w zwyczajny sposób - to mnie też ustawia prawidłowo, zdrowo i normalnie. 

"Aż ciśnie się na usta by przywołać sławny cytat z ks. Twardowskiego - śpieszmy się kochać ludzi… ale nie, nie! W przypadku Waldka tak nie było. Odchodził długo, bardzo długo i w strasznych mękach. Tak, mękach i nie mam tu na myśli jedynie wycieńczającej ciało choroby, ta wyniszczała to co widoczne. Waldemar cierpiał duchowo - okrutnie cierpiał i właśnie to go zabiło. Kiedy jeszcze mogłem z nim nawiązać kontakt, powtarzał w kółko, czemu oni mi to zrobili… No właśnie - czemu mu to zrobili???
Kiedy ubeckie sługusy przywiozły go do mieszkania, kilka dni wcześniej uprowadzonego ks. Jerzego, bo tylko tam się czuł bezpieczny mówił mi, że bez wahania zaryzykował swoim życiem, żeby powiedzieć światu kto dokonał zamachu na księdza. Kilka dni później dowiedzieliśmy się, że był to zamach na życie księdza.
Szybko okazało się, że ta w istocie desperacka ucieczka Waldemara, jedynego świadka porwania spowodowała, że napastnicy musieli zmienić plany wobec swojej ofiary. Dziś nie ma sensu rozwijać tej kwestii i przywoływać wielu z możliwych wersji tych wydarzeń. Dziś odprowadziliśmy na wieczny spoczynek człowieka, któremu zawdzięczamy choćby i to, że mamy relikwie ciała największego współczesnego naszym pokoleniom Męczennika.
No właśnie pożegnaliśmy - bohatera, który przez lata niemal na rękach był noszony - owszem, noszony przez wielu, w tym i przez elity które po 1989 roku przejęły władzę. Wszędzie był owacyjnie witany. Na mszach żoliborskich, ale nie tylko tam, po wymienieniu jego nazwiska długo brzmiały owacje. Tak, tak, pamiętamy to… Wywiady, dziennikarze, zaproszenia na spotkania. Otoczony troskliwą opieką przez lata używany był jak maskotka dodająca blasku, kolejnym lansującym się na nim działaczom związkowym i politycznym.
Aż nagle - któregoś dnia przyszedł do niego jakiś wysłannik układu, mniejsza o to której ze stron i zapowiedział mu, że jeśli nie potwierdzi przedstawionej mu wersji wydarzeń z 1984 roku, to pożałuje tego. Po raz kolejny Waldemar zachował się jak trzeba, szorstko odprawił wysłannika. Niestety szybko przekonał się, że to nie były czcze pogróżki. Wkrótce znalazł się ktoś, jakiś oszlifowany w PRL prokurator, któremu „przeciekło” ze śledztwa, że to właśnie Chrostowski jest głównym współsprawcą porwania - a więc i zbrodniarzem… Szok!!!
Nieważne, że oskarżenie nie miało żadnych realnych podstaw. Wystarczyło, że nagle znalazł się jakiś podobno śledczy dziennikarz, który publicznie postawił Chrostowskiemu zarzut współpracy z SB. Nieważne, że oszczerca przegrał serię procesów w sądach. Wkrótce pojawiła się, a jakże zasłużona dla niepodległości dociekliwa reporter filmowa i - wysmażyła na bazie zbiorów IPN dzieło w którym ksiądz jak najbardziej, pomimo licznych ograniczeń w sprawowaniu funkcji liturgicznych ciągle jeszcze katolicki ksiądz - kapelan komandosów 68, ogłosił Waldemara Chrostowskiego Judaszem i zdrajcą. Tak po prostu - nakarmiony rewelacjami wspomnianego prokuratora i jego akolitów - bez żadnego już sądu, ba nawet wbrew wyrokom sądów, wszem i wobec oznajmił, że zdrada jest bezsporna. - Koszmar. To ten cios był prawdziwą przyczyną silnego wstrząsu, załamania nerwowego i w rezultacie wyniszczającej choroby, która zakończyła życie, dziś już ś.p. Waldemara Chrostowskiego.
19 stycznia 2021 roku zgromadziliśmy się na Mszy pogrzebowej, no właśnie 19 dnia miesiąca… Przyszło nas tam być może nawet zbyt wielu jak na obecne wymogi sanitarne. Przyszli przyjaciele i ci wszyscy, którzy mają świadomość jak wiele zawdzięczamy temu niekwestionowanemu bohaterowi, który tam wtedy pod Górskiem bez wahania na stos rzucił życia los. Zabrakło i chyba dobrze tych wszystkich, którzy skutecznie zostali zainfekowani jadem oszczerców. Trudno - poświęcę im jeszcze kilka słów…
Były przemowy, odważne i piękne. Oprócz bohaterskich Hutników warszawskich, głos zabrał też znany pisarz i dziennikarz, który nazwał hienami tych, którzy przez lata usiłowali się lansować na krzywdzie człowieka który, jestem tego pewny, złotymi zgłoskami zapisał się w dziejach i pańtwa Polskiego i Kościoła Powszechnego. Co więcej, jestem też pewny, że przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy i Państwo i Kościół docenią znaczenie bohaterskich czynów Chrostowskiego. Wielokrotnie bowiem narażał on swoje bezpieczeństwo i życie. Będziemy się o to upominać, ale upomni się też sam ksiądz Jerzy o swojego przyjaciela. (-)
Piękna była ta Msza - dłuższa niż zazwyczaj. Nie zabrałem głosu, pomimo tego, że byłem tam jedynym człowiekiem, który najdłużej z obecnych, bo od ponad pół wieku, znał Waldemara. W ciszy serca żegnałem przyjaciela, który kiedy miałem bodaj 17 lat uczył mnie jak być człowiekiem przyzwoitym. Takim był on sam. Straszliwie doświadczony w dzieciństwie. W czasie wojny na oczach dwóch jego braci partyzantka sowiecka przygotowująca zaopatrzenie dla nadchodzącej czerwonej armii, zastrzeliła ich rodziców za odmowę wydania żywności. Przygarnięty przez obcych ludzi, państwa Chrostowskich, dopiero po dziesięcioleciach odnalazł braci. Był, tak jak umiał najlepiej, koleżeński uczynny, zawsze skory do walki z systemem zła. Tak poznał księdza Jerzego. Brał udział w strajku w Szkole Pożarnictwa. Wyrzucony z pracy za zorganizowanie komórki Solidarności głównej jednostce Staży pożarnej w Warszawie, na długo pozostał bez środków do życia. Pomagałem mu zatrudniając go w swoim przedsiębiorstwie, ale któregoś dnia, chyba w marcu 1982 roku poprosił, żebym pojechał z nim do księdza, który pomaga takim jak on, wyrzuconym z pracy za działaności związkową. Takim sposobem i w moim życiu zaczął się czas odmiany. Długa to opowieść, nie na ten moment.
Wiem tylko, że to Waldemarowi zawdzięczam jakim człowiekiem obecnie jestem. Gdyby nie on, nigdy nie poznałbym księdza Jerzego, który wyprostował wiele z moich dróg. To dzięki Waldkowi doświadczyłem łaski wspierania bł. księdza Jerzego w najważniejszych momentach Jego posługi i Jego działalności. Wspólnie braliśmy udział we wszystkich chyba wydarzeniach z księdzem związanych. Tak wiele ich było… aż do 19 października 1984 roku i później…
Kiedy Chrostowski cieszył się zasłużoną sławą bohatera, ja pokornie stałem z boku. Kiedy go opuszczono, przyjąłem go do swojej spółki i przez lata prowadziliśmy działaności gospodarczą do czasu, kiedy znów trzeba było włączyć się w sprawy Polski. A kiedy go oczerniono i z powodu choroby nie mógł już się bronić, zacząłem ryzykowny wciąż trwający bój w obronie należnej mu czci. Czci tego bohatera ale też i w obronie prawdy o tamtych czasach - o księdzu Jerzym też. To Trwa…
Dziś pożegnałem swojego przyjaciela - już nie cierpi, więcej go tu nie skrzywdzą. Już jest pod opieką swojego Patrona. Ufam, że miłosierdzie naszego Pana sprawi, że Waldemar odpocznie na łąkach zielonych, że poczeka tam i na nas, że się spotkamy w Domu Ojca. Tak wierzę.
Na zakończenie wrócę do poety ks. Twardowskiego - śpieszmy się kochać ludzi - Tym razem jednak wołajmy do oszczerców, w istocie oprawców, by póki jeszcze mają czas ratowali swoje sumienia, swoje dusze. Waldemar żyje już w innej, lepszej rzeczywistości, ale ci tu jeszcze mają czas… Śpieszcie się, nie znamy bowiem dnia ani godziny…
Waldemar - niech odpoczywa w Pokoju. 19 styczeń 2021r."
Adam Nowosad

Warszawa, czerwiec 2019 r.

Wypełniając jedno z podstawowych zadań Misji bł. księdza Jerzego, do których należy gromadzenie świadectw przydatnych w szerzeniu Jego kultu, trójka Misjonarzy w składzie Grażyna Siemion, Inna Meshkorez oraz Adam Nowosad spotkali się w czerwcu 2019 roku z trzema siostrami Szarytkami, które w październiku 1984 roku ubierały ciało księdza Jerzego przed złożeniem Go do trumny. Zdarzenie to miało miejsce w białostockim prosektorium. Aniela Niemiec, Barbara Lisowska i Maria Bereza, były wówczas młodymi siostrami Zakonu Sióstr Miłosierdzia i z założenia zajmowały się głównie opieką nad małymi dziećmi. Jednak Opatrzność Boża sprawiła, że to właśnie im przypadła w udziale misja która, jak się okazało odcisnęła na ich życiu trwały ślad. W klasztorze sióstr przy ulicy Tamka 35 w Warszawie. Siostry, które obecnie pełnią posługę w warszawskiej filii zakonu, podobnie jak i my uważają, że nic nie dzieje się przypadkiem. Spotkanie zaczęliśmy więc od pytania - w jakich okolicznościach dotarła do nich wiadomość o czekającym je zadaniu.

Siostra Barbara Lisowska wspominała, że kiedy wróciła do domu zastała wiadomość, o prośbie Kanclerza, księdza Cezarego Potockiego, żeby kilka sióstr w trybie pilnym przybyło do Kurii. Okazało się tylko trzy spośród wielu sióstr mogły podjąć się tego zadania. Kiedy już dotarły one na miejsce zostały poinformowane przez Kanclerza, że potrzebni są świadkowie, a dodatkowo przyjdzie im ubrać ciało księdza do Trumny. Siostry początkowo miały wątpliwości, czy podołają, czy nie będą z tego powodu prześladowane. Siostra Barbara wspomniała, że już wcześniej były poddawane zastraszaniu z powodu swojej postawy sprzeciwu wobec zła dziejącego się w państwie. Ksiądz Kanclerz jednak nalegał argumentując, że otrzymał takie polecenie z Kurii warszawskiej i w zasadzie nie ma nikogo, kto mógłby poradzić sobie z tym zadaniem. Na ostatecznej zgodzie sióstr zaważyły chyba dopiero załzawione oczy obecnego tam przyjaciela księdza, pana Jacka Lipińskiego, który przejęty całą sytuacją nie krył wzruszenia. Siostra Anna dodała, że właśnie ten widok, twardego mężczyzny ocierającego oczy sprawił, że postanowiły stawić czoła trudnemu przecież wyzwaniu.

Nasunęło się nam w tym miejscu skojarzenie, że podobnie było i z księdzem Jerzym, kiedy poszukiwano chętnego do odprawienia mszy św. w Hucie Warszawa. Pomimo obecności kilku księży posługujących w parafii św. Stanisława Kostki, tylko On podjął się zadania. Ponieważ my katolicy nie wierzymy w przypadki zgodnie uznaliśmy, że i w przypadku sióstr taka najwidoczniej była Boża wola.

Siostry wspominały, że kiedy jechały do Kurii, widziały na ulicach Białegostoku samochody z fotografiami księdza Jerzego umieszczonymi na szybach. W mieście panowało już ogólne poruszenie. Ludzie zaczęli gromadzić się najpierw pod Kurią, ale najwyraźniej wskutek rozchodzących się wiadomości większość z nich po jakimś czasie przeniosła się pod szpital w którym przeprowadzona była sekcja zwłok księdza.

Ze wspomnień dowiadujemy się, że siostry musiały jakiś czas czekać przed bramą prosektorium na przyjazd księży z Warszawy. Prawdopodobnie chodziło o księdza Żmijewskiego i księdza Kalwarczyka. Jak się później okazało prowadzili oni jeszcze naradę z księdzem biskupem, bowiem obawiano się że władze państwowe będą stwarzały problemy z wydaniem ciała. Najwyraźniej były to uzasadnione obawy, bo przez jakiś czas nie chciano wpuścić na teren szpitala sióstr oraz pozostałych przedstawicieli strony kościelnej. Istnieje przypuszczenie, iż obawiano się, że do oględzin i przygotowania ciała będą dopuszczone nieodpowiednie osoby.

Po godzinie 13 z minutami podniesiono jednak szlaban i siostry mogły wjechać na teren szpitala. Udały się niezwłocznie do prosektorium. Wszystko co tam widziałyśmy działo się chyba w dwóch pomieszczeniach. Trzecim była kaplica - wspomina Siostra Lisowska. Pamięta, że czekały w pierwszym pomieszczeniu oddzielonym od głównej sali korytarzem. W tej głównej sali były lodówki rozmieszczone na całej ścianie. Siostry widziały, że były tam też zgromadzone osoby przeprowadzające sekcję. Pomimo, że nie od razu wpuszczono je do tego pomieszczenia, to jednak mogły wszystko obserwować przez drzwi. Widziały i zapamiętały moment, kiedy odsłonięto białe płótno, którym okryte były zwłoki księdza Jerzego. Ukazał się im straszny widok. Na tyle przerażający, że siostra Barbara zamknęła oczy i odruchowo zacisnęła palce na różańcu, modląc się intensywnie. Siostry dostrzegły skrwawioną głowę i skrwawione nogi od kolan w dół. Siostra Barbara pamięta, że nieopodal stołu sekcyjnego stało krzesło na które osunął się bezwładnie jeden z młodych ludzi asystujących przy sekcji. Wyprowadzono go z sali, a całe to zdarzenie wzbudziło w siostrach jeszcze większy lęk.

Do pomieszczenia w którym przeprowadzono sekcję, siostry mogły wejść dopiero po jej zakończeniu. Zgromadzonych tam osób nikt im nie przedstawiał, ale siostra Barbara zapamiętała profesor Byrdy, która zwróciła się do niej z jakimiś uwagami, czym dodatkowo wzbudziła lęk. Zobaczyły ciało księdza, które było zwrócone w ich stronę głową. Widziały jak dwóch panów ubranych w białe kitle usiłowało uczesać włosy księdza. Kiedy podeszły bliżej od razu uprzedzono je, że nie wolno już dotykać włosów, a tym bardziej zmieniać układu twarzy. W tej atmosferze presji i pod czujnym okiem obserwatorów, siostry przystąpiły do zleconych im czynności.

Siostra Aniela wspomina, że widok jaki zastała, pomimo całej grozy skojarzył się jej z pięknym, choć umęczonym obliczem świętego człowieka. Ciało sprawiało wrażenie nietkniętego rozkładem na jaki wskazywal upływ czasu i fakt, że miało ono przebywać przez wiele dni w wodzie. Pomimo zakrwawień i sińców, było wręcz jędrne.

Siostry opisały kolejno czynności jakie wykonały, by przygotować ciało księdza i ubrać je w liturgiczne szaty. Zapamiętały, że ksiądz pomimo pośmiertnego stężenia zwłok swobodnie poddawał się kolejnym zabiegom. Zapamiętały i taki fakt, że pomimo kilkukrotnych prób ułożenia rąk na piersiach, ksiądz opuszczał je na wzór ukrzyżowanego. Siostry uznały to za wymowny znak, jednoznacznie kojarzący się ze zdjęciem z krzyża. Wspomnienie tych czynności wyraźnie poruszało siostry, widać było, że silnie odcisnęły się one w ich pamięci.

Poruszająca jest relacja siostry Barbary Lisowskiej, której przypadła w udziale czynność upiększenia wyglądu twarzy, na tyle, żeby można ją było okazać cierpiącej matce. Wbrew zakazowi zaczęła od uczesania włosów. Zauważyła, że na parapecie leży grzebień i bez pytania o zgodę sięgnęła po niego i natychmiast zaczęła poprawiać układ włosów. Spowodowało to oczywiście gwałtowną reakcję obecnych przy sekcji osób, ale siostra nie zważając na uwagi dokończyła tę czynność. Niepostrzeżenie zebrała z grzebienia skrwawiony pukiel włosów i schowała go do kieszeni. Korzystając z zamieszania do drugiej kieszeni schowała także sam grzebień, zachowując w ten sposób obie relikwie. Okazało się później, że ten grzebień należał do księdza. Siostra wspomina, że prof. Byrdy poleciła jej użycie szminki i pudru, ale po uwadze, że „dostatecznie już go pomalowaliście” odmówiła tej czynności. Polecenie upudrowania oblicza wydano więc któremuś z pielęgniarzy. Wykonał on je na tyle nieporadnie, że trzeba jednak było usunąć sporo tego pudru.

Niezwykle poruszającym wspomnieniem siostry jest szczegół dotyczący próby uporządkowania oczodołów, a konkretnie powiek księdza Jerzego. Kiedy usiłowała poprawić ich układ, uchyliła na moment jedną z nich i ku swojemu zdziwieniu z przerażeniem stwierdziła, że nie ma pod nią oka.

Oczywiście raczej nie dowiemy się z oficjalnego protokołu sekcji, czy ksiądz miał czy też nie miał obojga oczu. Siostra twierdzi, że pod jedną z powiek widziała jedynie krwawą maź. Jeśli do tego dołączymy opublikowaną w mediach relację Jacka Lipińskiego, którego zadaniem było ustalenie tożsamości zwłok księdza na podstawie jego uzębienia, to nieodparcie to co zrobiono z księdzem, musi kojarzyć się z tzw. mordem rytualnym. Z opisu przedstawionego przez Jacka Lipińskiego wynika, bowiem, że ksiądz nie miał także języka. W jamie ustnej była miazga przypominająca efekt działania wiertarki z drucianą szczotką. Oczywiście próbowano później tłumaczyć, że język został pobrany do badań. Tylko większą wiarę wypada dać opisowi hutnika obeznanemu z efektem użycia okrągłej szczotki do metalu niż opowieściom, że to chirurg tak nieumiejętnie posłużył się skalpelem. Siostry zgodnie oznajmiły, że widok umęczonego ciała księdza Jerzego jednoznacznie kojarzył się im ze znanym opisem męczeństwa św. Andrzeja Boboli.

Z opisu czynności jakie siostry przeprowadziły w prosektorium, warto wspomnieć jeszcze o kolejnej relikwii, której losów niestety nie znamy. Chodzi o płótno w które zawinięte było ciało księdza Jerzego. Wiadomo tylko, że takie płótno było i, że powinno ono być zachowane, bo przecież były na nim istotne dla badań ślady krwi oraz innych wydzielin. Możliwe, że je zniszczono, ale równie dobrze z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że któraś z obecnych tam osób zachowała to płótno. Może jeszcze kiedyś i ta tajemnica ujrzy światło dzienne? Tak się przecież stało z materiałami pobranymi do badań histo i patomorfologicznych. Dziś już wiemy, że jeden z badających je lekarzy, pomimo grążących mu sankcji zachował część z nich, w tym tkanki serca i ampułkę z krwią i przekazał je władzom kościelnym.

Historia tych relikwii sama w sobie jest na tyle pasjonująca, że warto by jej przy innej okazji poświęcić osobną relację. Jednak jest ona dość dobrze już opisana i zebrane są świadectwa, zarówno doktora Szrzeżyńskiego oraz osób poświadczających ich przejęcie. Tu o tyle trzeba o tym fakcie wspomnieć, że jedna cząstka, bodaj najcenniejsza - część tkanki serca księdza Jerzego, jest do dziś przechowywana w warszawskim klasztorze Sióstr Szarytek.

Siostra Aniela wspomina jeszcze, że spotkanie z umęczonym ciałem księdza Jerzego porównuje do spotkania z ciałem samego Chrystusa zdjętym z krzyża. Na pytanie czy i jaki pozostawiło to ślad w jej życiu bez wahania stwierdziła, że ten fakt odmienił je, tak jak potrafi odmienić je Jezus Chrystus. Podobne świadectwo zadeklarowały wszystkie trzy siostry obecne przy ubieraniu zwłok księdza.

Z innych ciekawych świadectw warto przytoczyć jeszcze kilka innych mało znanych faktów. Podczas kiedy siostry zajmowały się ubieraniem księdza Jerzego, przed prosektorium zaczęli gromadzić się ludzie. Do wnętrza dobiegały odgłosy pieśni patriotycznych i kościelnych jak „Boże coś Polskę”. Siostra Aniela zaciekawiona tym co się dzieje, odsłoniła na moment żaluzje jednego z okien. Ten odruchowy gest miał swoje doniosłe konsekwencje, bowiem to właśnie wtedy ktoś z tłumu zgromadzonych przed prosektorium osób, zdołał zrobić kilka zdjęć zdjęć. W ogólnym zarysie było widać na nich umęczone ciało księdza. Zdjęcia te obiegły światowe media, poruszając sumienia opinii publicznej w wielu krajach świata. Przy tej okazji dowiedzieliśmy się jeszcze o innych fotografiach, które wykonano w prosektorium. Oprócz tych oficjalnych które stanowiły dokumentację sekcji, zdjęcia wykonał też ksiądz Żmijewski.

Oczywiście obecni tam funkcjonariusze gwałtownie protestowali i zarządali oddania aparatu, ale księdzu udało się mimo to wykonać kilka zdjęć i niepostrzeżenie wyjąć kliszę. Ksiądz Żmijewski świadomy zagrożenia pod jakimś pretekstem wyszedł na chwilę z sali sekcyjnej, a kiedy powrócił, szepnął do siostry Barbary, że klisza jest już bezpieczna. Prawdopodobnie zaniósł ją do kaplicy i przekazał którejś z obecnych tam osób - być może, co wydaje się wysoce prawdopodobne, dał ją obecnemu tam biskupowi, lub komuś z Kurii warszawskiej. Ksiądz zapewnił siostrę, że klisza będzie bezpiecznie dostarczona do Rzymu. Historia tych fotografii po dziś dzień nie jest jasna. Jedno jest pewne, że trafiły one do jednego z francuskich wydawnictw i podobnie jak te pierwsze też zostały opublikowane w światowej prasie. Najprawdopodobniej to właśnie księdzu Żmijewskiemu, który wykonał zdjęcia jeszcze przed zabiegami kosmetycznymi zawdzięczamy straszny, ale przecież autentyczny widok zmasakrowanego oblicza męczennika za wiarę.

Siostra Barbara opowiedziała nam też jaki był los relikwii skrwawionych włosów, które udało się jej wynieść z prosektorium. Jak się dowiadujemy trafiły one w kilka rąk, w tym jeden z włosów siostra ofiarowała Mamie księdza Jerzego, a jak się okazało spory ich pukiel trafił też do księdza Czesława Banaszkiewicza, kapłana który wraz z księdzem Jerzym pełnił posługę w parafii „Dzieciątka Jezus” na warszawskim Żoliborzu.

Na zakończenie spotkania udaliśmy się wszyscy do przepięknej klasztornej kaplicy na Mszę świętą. Po mszy Siostry umożliwiły nam ucałowanie relikwii w tym bezcennej relikwii serca księdza Jerzego i nieoczekiwanie wysłuchaliśmy dwóch pięknych świadectw o księdzu, które siostry uważają za absolutnie wiarygodne.Chodzi o to, że ksiądz w niezwykłych okolicznościach ukazał się dwóm osobom.

W jednym przypadku ksiądz rozwiał wątpliwości siostry konającej na raka. Okazało się, że lekarka opiekująca się chorą zamówiła w jej intencji mszę u księdza Jerzego. Siostra bardzo chciała mieć pewność, że ksiądz tę mszę odprawił. Kiedy tak intensywnie o tym rozmyślała w drzwiach jej pokoju pojawił się sam ksiądz Jerzy i wyraźnie powiedział „proszę siostry Mszę świętą odprawiłem” i… tak, jak nieoczekiwanie się pokazał, tak zniknął.

W drugim przypadku ksiądz miał odwiedzić starszą panią której pomagał za życia. Staruszka źle się czuła tego dnia i zamiast pójść na poranną mszę, zrobiła sobie rano herbatę i położyła się na kanapę. Po chwili usłyszała pukanie do drzwi, ale postanowiła nie wstawać. Pukanie jednak nasilało się i wtedy spytała kto tam? W odpowiedzi usłyszała „ksiądz Jerzy - ale proszę nie otwierać, tylko proszę zakręcić kurek gazu”. Jak się okazało kurek nie był zakręcony… Wszystko to oczywiście działo się już po śmierci księdza Jerzego, a świadectwa te są uważane w gronie sióstr za pewne i potwierdzone przez wiarygodne osoby…

Spotkanie z Siostrami Miłosierdzia było dla nas Misjonarzy niezwykłym przeżyciem. Przez kilka godzin mogliśmy obcować z poruszającymi świadectwami, wygłoszonymi w atmosferze zabytkowego klasztoru. Wymowy tych świadectw nie można w pełni oddać suchą relacją. Słuchając Sióstr mogliśmy wczuć się w pełną grozy atmosferę tamtych czasów i wyobrazić sobie wszystko to co się tam wtedy działo. Obserwowaliśmy też, że pomimo upływu kilku dziesięcioleci, wszystko to o czym mówiły siostry ciągle wywołuje u nich silne emocje - które oczywiście udzielały się też słuchającym. Pomimo, że niektóre fragmenty wspomnień sióstr były już wcześniej publikowane, to pozostajemy w przeświadczeniu, że to co usłyszeliśmy na spotkaniu, a co w wielkim skrócie tu przedstawiamy, stanowi wartość samą w sobie.

Trudno nie wspomnieć przy tej okazji, że nieoczekiwanie odnaleźliśmy też kolejny dom księdza Jerzego. Miłość jaką jest tam otoczony jednoznacznie dowodzi, że jest On tam u siebie. Jest to jeszcze jeden z powodów dla których warto odwiedzać klasztor przy ulicy Tamka 35. Warto tam zaglądać choćby i po to, żeby posłuchać wspomnień sióstr, ale taże żeby wesprzeć siostry Szarytki w ich codziennej służbie miłosierdzia, którą niestrudzenie pełnią one od kilkuset już lat.

Opracował, wg. zapisu z nagrania dźwiękowego sporządzonego przez Innę Meshkorez

Adam Nowosad.

PS.

Tak jak wspomniano w pierwszym akapicie, że nic nie dzieje się przypadkiem, tak i tym razem jesteśmy przekonani, że do spotkania z siostrami, jakkolwiek niedorzecznie by to zabrzmiało, doszło z inicjatywy samego księdza Jerzego. Jakkolwiek niedorzecznie by to zabrzmiało. Jakiś czas temu po zakończeniu oprowadzania pielgrzymów po Muzeum księdza Jerzego podeszła do mnie siostra, która na zasadzie wyjątku dołączyła do grupy już po zakończeniu wpuszczania zwiedzających. Kiedy spytałem, czy też jest z tej grupy powiedziała, że nie ale jest z Białegostoku i bardzo zależało jej żeby tego dnia zwiedzić Muzeum. Bardzo szybko dowiedziałem się, że że siostra Anna Haponik jest z tego samego zakonu co siostry, które ubierały księdza Jerzego do trumny. Oczywiście natychmiast poprosiłem o kontakt z siostrami i po jakimś czasie uzyskałem zgodę na spotkanie.

Warsaw, October 2009

Adam Wiesław Nowosad:
son of Edward and Alexander.
Born on 25 March 1952,
residing in Warsaw.

Ha-2-3;2,2-3.

And you answered with those words:
"Write down the vision, write it down on the boards,
So that they can be read easily.
This is a time-stamped vision,
but its fulfilment will inevitably take place;
And if it is delayed, you should expect it,
because in a short time it will come reliably."

 

Drawing the sign of the cross

In the name of the Father and the Son and the Holy Spirit.

At the age of 58, while maintaining the conviction of full mental power, I present a description of the "event" I have experienced in the past.

It was about 46 years ago when I was 9 - 11 years old. It was probably 1961, maybe 1963. It was probably a warm season.

At that time I lived in a family house - a forester's lodge in Międzybórz (located in Człuchów County in the former Koszalin Province, near the towns of Czarne and Rzeczenica).

My father, a wanderer expelled from his family estate in the Wołyń region (the Borderlands of the Republic of Poland), was a forester in the Rzeczenica forest inspectorate, Mom ran a house, while my brother and I attended a local primary school.

For the first Holy Communion, which I received in the local church, I was prepared by Fr Józef Andrzejewski. As an extremely "curious" boy, I asked him a huge number of questions about God. I remember that this priest, probably tired of my inquiries, advised me to pray more earnestly, or maybe God Himself will make my curiosity satisfied one day. My desire to learn about God was so overwhelming that I took this advice seriously and, as I was able to do at that time, I started to ask these questions to God in my prayers. I don't know why, but I was convinced that if God is there, one day I will find out.

I don't remember how long I waited, but in the end, one summer night I suppose, I experienced an unusual phenomenon:

It happened in the morning, I remember I could distinguish between the shapes of the furniture in the bedroom. I was awakened from my dream by a warm, masculine but clear voice. I heard that I would now see something that would happen in the future. This "voice" told me, like a narrator, explaining what was happening around me. What I saw then was extremely unreal. It was happening in some strange space, somewhere where there was no clear horizon or sense of time. But the world I was in was somehow recognizable, I saw houses, trees, people, and all this was dynamic. The colours were certainly unrealistic, everything around was somehow discoloured, extremely expressive in colour. I saw a city, I saw crowds of people, like a river of various characters, walking in one direction. The narrator assured me that what is happening now will be seen in reality one day. I heard that I would be here and participate in these events. He announced that I would meet some extraordinary man beforehand, that he would be "the greatest man of my time" and that everything I had ever been so interested in would become understandable to me at that time.

In front of my eyes, in a way around me, various scenes were moving one by one. The crowd of human figures was thickening, and suddenly I noticed that in the midst of that crowd, there is some open wooden box in the air. The crate was then placed on a simple "peasant" cart on a hill, which used to transport agricultural crops. Then I saw a human figure dressed in a white robe lying motionless in that box. All the time I heard unusual, beautiful music and choral songs. Around the "chest" there were countless crowds of people gathered - many in reverie, many crying. At one point, I was raised high up and saw the whole world as if there were people everywhere. I saw animals standing still and birds flying majestically. Below me, two white and red rays of light spread down to the ground, resembling expressive ribbons.

After a while, I found myself downstairs again, this time in the midst of a crowd. The people around me raised their hands and alternately knelt and lamented. Suddenly something happened that stunned me, and I was probably the only viewer of the phenomenon. I heard the loud sound of trumpets and at that moment the sky, between the two towers of the building in front of which all this happened, became white as snow, it looked like dense summer clouds. In one moment these clouds parted and an incredible, indescribable light was poured out from the opening into the world - light that made the whole world, which I saw from above again, become fabulously colourful and unbelievably beautiful. What I saw then was an absolutely extraordinary, delightful phenomenon in its beauty. The whole world was joyful and charmingly beautiful. It is impossible to describe this phenomenon with known words. Everything around was simply extraordinary.

From the open clouds, from the place from which the light was pouring out, changing the whole world, with the constant loud sound of trumpets, strange characters emerged. They were all white and had wings. Sort of floating in space, without moving the wings, they were majestically flowing down. They surrounded this "peasant" wagon, and then together with the box and the figure there, they lifted it up in the direction of the unusual light. At that time, the "voice" that accompanied me all the time said that the body of him who rests in the box, open at half his height so that I could see the whole figure, would be taken to heaven. That is what happened. It was accompanied by a multitude of angelic figures from the light. All this happened with the sound of "blue" trumpets and was extremely majestic. I watched the way of this figure towards the sky and to my great regret, the whole angelic conductor disappeared at some point in the thicket of closing clouds. For a moment, but I don't know for how long, everything around remained motionless. People stood there with their hands raised in a pleading gesture and soon, the trumpets sounded again. Again the clouds parted and again the whole world was flooded with light, which made it completely transformed. A huge human heart emerged from the clouds, this time with the assistance of angels - those who did not have the whole form, but only wings and faces and a part of the trunk. It had exactly the same shape as the heart known to me from the church votive paintings. Again, this extraordinary, heavenly music, accompanied by angelic choirs, was heard. This heart supported by several of these winged figures flowed down and as if hung between two trees, growing near the building with towers. Then the choirs calmed down, the trumpets played loudly once again and the sky closed. The world became gray again, but above the crowd between the two trees I saw a moving, living - swaying, or maybe pulsating heart. It was supported by the two winged ones, without the full human silhouette of angels. When the sky was closing, most of the characters assisting in this phenomenon, and the angelic choirs, returned there. Around the heart, apart from the two supporting ones, there are a few more of these unusual ones--"half angels.

This is what I kept in my memory, in general, from this extraordinary experience. When the projection of "seeing" unexpectedly disappeared, as it is in my nature, I asked the "narrator" a very specific question: how will I get to know this "greatest man of my time"? I had another astonishing feeling then. I heard the narrator say to me that now I will return to the real world and see the one who told me all this. I heard an assurance that I would not be afraid, that I would remain calm and that one day there would come a time when everything I have experienced would become understandable to me. I have learned that the man I have heard and seen taken to heaven will be recognized by his eyes, which will be the same as the ones I will see in a moment. Slowly the familiar contours of the bedroom furniture began to appear in front of me. I saw a smiling, slanting face above me. Then I saw very expressive, dark eyes with brightly lit pupils. This look was one of a kind. Never later, until one particular day, did I see such eyes. After a while, I saw clearly the whole silhouette of the one who had been talking to me all this time. It was a figure of an adult man. He was dressed in some strange clothes, like pajamas in blue stripes. This figure, leaning over my bed, stood up slowly and turned away, disappearing in the twilight of the waking day.

Then he overwhelmed me, some strange bliss, I felt an unusual peace and simply fell asleep in the world, waking up only late in the morning. After waking up, I asked a question, either to my brother or Father, whether he had seen the man who was here and spoke to me. Of course, I did not receive an answer and some time later I decided that all this must have been an extraordinary, fabulously colourful dream, that what I saw was apparently a product of my childhood imagination, awakened probably by an overwhelming desire to know the truth about the existence of God.

Since then I have not asked anyone any more questions whether God really exists. For some reason, perhaps not entirely rational, I became sure that I already knew everything I wanted to know. Years passed, I grew up, got married and had two small children. But in spite of all the sacraments, in my life I have acted in such a way that it inevitably led me to the wrong ways. Not that I had any conflicts with the law or with the Church - no, but I know that I was fascinated by a life that boiled down to a state of complacency. I had some successes with matsand thanks to the sense of entrepreneurship I thought I had, I became convinced that a prosperous and peaceful future awaited me. I didn't need God so much for my life plans.

But I thought back to what had happened to me that distant morning, but increasingly I made sure that it was an illusion. After all, I have never met anyone with eyes like the one I saw at that time. Actually, I guess I've even forgotten about the whole event, haven't I?

I stayed in such a state until one spring day in 1982. A friend called me then and after exchanging opinions it turned out that he was going to Żoliborz, to a priest he met during a strike. He decided to visit him because he heard that he was harassed by the Security Service and wants to ask him if there is anything he can do to help. He suggested that I go with him, and I agreed with such a reservation that I have no time for any political matters and I will go only out of curiosity. It seemed to me that what my friend is talking about cannot be true, that the times of such harassment of priests in Poland are over. I devoted half, maybe an hour or so of my time to this visit and with this my decision we went to a church that I had not known before, located near the square, then called the square of the Paris Commune. When we entered the courtyard leading to the parish house, we immediately noticed a smiling young priest waiting for us, so we came up to say hello.

It was then, after several dozen years, that I experienced a strange shock - a shock, which, as it turned out later, changed my further life! I was almost "shocked" by the unusual look that this priest gave me. Everything that was happening from that moment on was happening probably independently of my will. I was overwhelmed by the fact that I knew this man and these extraordinary eyes from somewhere.

It was Father Jerzy Popiełuszko.

Naturally, all my plans ceased to be important, I stayed there until late in the evening and for the following evenings, days and even nights, and so on for the following years until autumn 2004.

However, it is a story for a different circumstance. Today it seems important to explain that the process of associating and recognizing Father Jerzy's person with that man announced to me by the "figure" from my childhood lasted for many years.

During a priest's lifetime, when I had the opportunity to stay with him many times, to help him, to protect him and to support him in all ways, I was not entirely sure that he could be this man from the "vision". I gained such a conviction, I again fell into doubt. Finally, I decided to wait for a sign that would reassure me about the "prophecy" of this greatness and about my role in this place. It is also a long story. Meanwhile, nothing as spectacular as what happened to me in my childhood was happening, and I think I came to the conviction that during the life of our great compatriot, Pope John Paul II, no one else can appear who would deserve to be called the greatest man of my time (today I already know that this is about the greatest man of my generation). A breakthrough in this thinking occurred only after the martyrdom of Father Jerzy's death, already during his funeral!

Well, using the right to move around the whole area, at some point I climbed the tower of the church as high as possible. Then I saw the phenomenon once presented to me. I saw a multitude of people praying and many crying when they raised their hands to heaven. From the tower of the church, two white and red ribbons were flowing down towards the coffin.

I was then, almost certain, that it was Father Jerzy who was the greatest man of my time. Still, I didn't understand my relationship yet, neither with this fact, nor with this person. I also had no idea who such a person was and why he presented me with this extraordinary vision.

The process of understanding this phenomenon was extremely slow and gradual. First, I accidentally discovered who this "narrator" was, who moved me into the future when I was barely, maybe around 10 years old. I simply read one day in a book that Father Jerzy had an extraordinary, emotional connection with Maximilian Kolbe. When little Alek Popiełuszko was about seven or ten years old, as his mother recollects, he often prayed to Maximilian, building himself a special altar for this purpose (I remember when I was a child I had a similar habit of building such "altars"). During his lifetime, Father George often spoke about St. Maximilian, but I did not know that he was his patron. Reading about it in a book dedicated to the history of a priest, I experienced an equally shocking dazzle as when I first met a priest. I understood that St. Maximilian Kolbe was undoubtedly the one who announced this extraordinary meeting to me. I had not yet understood why Maximilian looked different from the saint, known from his numerous images. This However, this issue became clear to me when, while visiting the monastery in Niepokalanów, I found a little known picture, a photograph of Maximilian, on a stand with devotional items, without these characteristic glasses and in civilian clothes. In this photograph, without any doubt, I recognized the face I had seen with my own eyes, at the time when this, not yet holy Martyr, appeared to me the aforementioned night, during my childhood. I also understood this message, concerning the eyes by which I was to recognize the greatest man of my time. They were simply almost the same as Father Jerzy's eyes. Maybe not necessarily in terms of colour or frame, but it was the same expression of eyes, the same look that "shocked" me so much when I first met Father Jerzy. God gave me a talent for painting. I can remember and reproduce most of the pictures, faces and landscapes seen in the past without a shadow of doubt. I have the so-called "photographic" memory, sometimes I paint, or rather I used to paint from memory. Perhaps thanks to these talents, today I do not have any, but there is no doubt that St. Maximilian Maria Kolbe was the one who haunted me and presented the whole of this extraordinary vision described earlier. Dead then for a long time, killed by a shot in the heart - the Martyr from Oświęcim.

For a long time I thought that such a tangible, real encounter with him was improbable. I made sure that this was possible only after listening to a special broadcast on Radio Maryja, from which I learned that St. Maximilian's mother had described a similar phenomenon when Maximilian visited her shortly after he had been murdered. The Saint's mother was also convinced that she had seen him in all his real form.

Throughout all these years, since I became convinced that everything that had happened to me in the past during my childhood "vision" and everything that I had experienced while meeting Father George was true, I still did not know what I should do next.

When asked to bear witness in the process of the beatification of the Servant of God, Father George, I gave only a partial account of this extraordinary childhood experience. The requirement of discretion makes it impossible for me to develop the circumstances of this testimony. Certainly, however, there are a few sentences in the minutes suggesting that I had the impression that I had met Father George earlier than I did, because I felt familiar with his gaze, which I remembered from my childhood.

Over the years, I was tormented by the fear that if I began to publicize and insist that I had seen and heard St. Maximilian, who announced that Father George had been taken to heaven and that he was the greatest man of my time, it would be perceived as an emphasis on the Postulation of the Trial and a breach of its seriousness. On the other hand, having experienced a heavy operation that I almost paid for with my life and subsequent heart attacks, uncertain of my own fate, I threw out to myself that I would take to the grave something that had been entrusted to me, and that might be important for many people seeking support.

I decided to write down and make public this special testimony and all the related situations only in 2009, on the 25th anniversary of the Martyrdom of the Servant of God. At that time, I decided that I should not delay any longer.

Soon, however, it became clear that the process of beatification was accelerating, so I was again silent - and so I waited until a beautiful day - for the recognition of Father Jerzy as a Blessed. Now, free from fears that I would be accused of exerting pressure, and convinced that no one would accuse me of wanting to impute any particular merit to myself, I decided to publish this testimony.

I came to the conclusion that the proper addressee of the description of my childhood experience would be, perhaps, those who are heirs to the message of Maximilian Kolbe, the brothers of Niepokalanów. It seemed to me that they should be the first to learn that their founder, 46 years ago for some reason, decided that I would be the one who would probably be the first to learn that Father Jerzy Popiełuszko, Blessed today, would be taken to heaven during the funeral ceremony. That his heart will return to earth a moment later and will always, with the assistance of angels - pulsating and vigilant - remain near the place of rest of the Martyr's remains, waiting here for all those who, through the intercession of Blessed George, will want to ask God for the necessary graces.

P.S. May 2011.

It has been many months since I gave my testimony to the General of the monastery in Niepokalanów. Today I know that even there this testimony turns out to be useless. It is difficult, what can I do... I will remain convinced that St. Maximilian, who, by God's will, led all his life, Alk - Jerzy Popiełuszko, by giving me this vision, had a concrete goal.I will also tirelessly testify of the special relationship between the two saints. I believe that for many people my unwavering conviction that in this particular place - in Warsaw's Żoliborz, near the grave of the Blessed Martyr - awaits and will always wait for all those in need of support - His heart, which is still bustling with life.

With God

Adam Nowosad

Addendum: December 2018

Despite the fact that almost 10 years have passed since the publication of the above mentioned testimony, still many "scientists in writing" consider it useless. However, 6 years ago in Creteil, near Paris, a spectacular miracle of healing from cancer of a man in agonal condition took place. This was the basis for the successful canonization process of Blessed Jerzy Popiełuszko. The miracle documented in all instances took place shortly after a friend of his prayed at the grave of the Martyr for the intention of the patient. Readers of my testimony will surely notice the connection between this miracle and the vision that St. Maximilian Kolbe presented to me in his childhood. I would like to remind you that according to what I heard and saw then, it is near the tomb where the relics of the Martyr rest, pulsating and waiting for those in need, His living heart. Today I have little interest in the fact that neither theologians nor the Franciscans of Niepokalanów, the heirs of Fr Maximilian's spirituality, nor the Michalites who deal with the Angels, are interested in this testimony. In 2012, together with a group of Blessed George's worshippers, we founded a Mission dedicated to spreading his cult. We have also opened a special website with requests for the intercession of Blessed George. So far, we have noted thousands of intentions posted there by people who ask us to pray for them at the tomb of the Martyr. So there is a growing number of people for whom this testimony is becoming useful, more and more graces may appear - and only this is important....

(Ha-2-3;2,2-3. As an introduction...)

Write to me: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Read to me: www.misjonarzeksjerzego.pl