Nasze spotkanie z Księdzem Jerzym.

W lipcu 1984 roku - jako młodzi ludzie, wówczas po trzecim roku studiów - braliśmy udział w wyprawie niewielkiej grupy rodziny i przyjaciół. Pieszo zwiedzaliśmy najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach. Wieczorami, w schroniskach górskich i stanicach harcerskich, przy dźwiękach gitary, śpiewaliśmy piosenki turystyczne i pielgrzymkowe, a przede wszystkim „Mury” Jacka Kaczmarskiego.

Na trasie naszej wycieczki nie mogło zabraknąć klasztoru w Komańczy, miejsca przetrzymywania kardynała Stefana Wyszyńskiego. Okazało się, że wizyta ta stanie się jednym z najważniejszych przeżyć w moim życiu. 19 lipca 1984 roku wstał piękny, ciepły, słoneczny dzień. Nasza wyprawa zbliżała się już do końca, część grupy już nas opuściła, do klasztoru w Komańczy udaliśmy się w pięć osób. Kiedy pod ciężarem plecaków zmierzaliśmy do celu, po drodze wyminął nas samochód wiozący dwóch mężczyzn. Kiedy dotarliśmy do klasztoru okazało się, że również przyjechali odwiedzić to szczególne miejsce.

Tutaj ciekawostka nie poznaliśmy Księdza Jerzego. Uczestniczyłam wcześniej w jego mszach, ale ze względu na tłumy nigdy nie znalazłam się niedaleko ołtarza i nie wiedziałam jak wygląda, zwłaszcza z bliska i bez ornatu. Reszta mojej grupy, pochodząca z Łodzi, nie miała okazji Księdza nigdy zobaczyć. Jeden z kolegów nie znał nawet nazwiska Księdza. Nie pamiętam już dokładnie w jaki sposób rozpoznaliśmy Księdza Jerzego, chyba oprowadzająca nas siostra wspomniała coś na ten temat. Pamiętam, że poczułam lekkie zawstydzenie, że Go nie rozpoznałam.

W każdym razie spotkanie było znaczące. Najpierw w naszej małej grupie – wraz z Księdzem i jego towarzyszem - obejrzeliśmy klasztor, oprowadzani przez siostrę. Najlepiej pamiętam gabinet Prymasa i chór z którego słuchał mszy świętych. Po zwiedzaniu Ksiądz Jerzy - jak zawsze otwarty na ludzi, szczególnie młodzież - nie wypuścił nas w dalszą drogę bez rozmowy i modlitwy. Znaczące jest to, że Ksiądz spotkanym przypadkowo osobom opowiadał o uczuciu osaczenia, o ciągłych rewizjach, które go spotykają, śledzeniu i obserwowaniu jego działalności. Odniosłam wówczas wrażenie, że pragnie pozostawienia jak najszerszego świadectwa, żeby jak najwięcej osób zapamiętało co Go spotyka. Wszyscy otrzymaliśmy – podpisane przez Księdza Jerzego – zdjęcia Kardynała Stefana Wyszyńskiego z modlitwą o jego beatyfikację. (Zdjęcia z modlitwą wydane były w Paryżu, to istotne, ponieważ w tamtych czasach nie było swobodnego dostępu to takich drobnych nawet przedmiotów, o znaczeniu religijnym). Jedna z koleżanek dostała „Zapiski więzienne” – też wydanie podziemne. Ksiądz zalecił nam ukrycie tych pamiątek przed ewentualnymi rewizjami. Ostrzegł nas, że w przypadku znalezienia na pewno zostaną odebrane.

Wiem, że Ksiądz Jerzy rozdawał bardzo dużo tego typu pamiątek. Po spotkaniach ze studentami, które maiły miejsce w parafii św. Stanisława Kostki, również rozdawał pamiątkowe drobiazgi. Mam wrażenie, że w przeczuciu swojego przyszłego losu dbał o to, by jak najwięcej osób otrzymało od niego przedmioty, które przypominają o Nim dzisiaj.

W dalszą drogę wyruszyliśmy z błogosławieństwem Księdza Jerzego i wspomnieniami tego znaczącego spotkania pielęgnowanymi do dzisiaj. Osobiste zetknięcie się z niezwykłym kapłanem, który wskazywał w jaki sposób wierzyć w Boga w życiu codziennym i pracy zawodowej, nie mogło pozostać bez wpływu na nasze życie. Na pewno byłoby ono uboższe, a wiara mniej silna i inna gdyby nie zdarzyły się te wspaniałe chwile.

 

nadesłane przez p. Josefa Z., z Niemiec

Mogę napisać o tym jak poznałam ks. Jerzego.

W Kazachstanie o ks. Jerzym mówi się mało lub nic. Czasem księża lub Siostry Zakonne z Polski, pracujące tam na misjach rozdają obrazki. Ja jeszcze nie słyszałam osobiście, żeby ktoś w Kazachstanie opowiadał o Nim np. na Mszy świętej. Przyjeżdżając do Polski nic o ks. Jerzym nie słyszałam. Na pierwszych zajęciach dla cudzoziemców (kurs przygotowujący na studia w Polsce), które odbywały się w Łodzi, Pani zapytała czy mówi nam coś nazwisko Popiełuszko. Nikt na sali nie słyszał o Nim. Wtedy to po raz pierwszy opowiedziała nam krótko o Nim, kim był co robił i jak zginął. Był to 2012 rok październik. Mam ten zeszyt do tej pory :)

Pamiętam, że przejęłam się  tym bardzo i w internecie szukałam więcej o Nim. Przeczytałam Jego życiorys i dowiedziałam się, że pracował w Warszawie. Kupiłam duzo książek o Nim - Homilie z Mszy św. za Ojczyznę, "Matka Świętego". Po przeczytaniu pojechałam 19 X 2012 roku na Uroczystości. Wtedy zaczęła się prawdziwa przyjaźń.Tak dobrze się czułam w tym miejscu. Miałam takie poczucie, że On teraz wyjdzie z zakrystii i odprawi Mszę. Takie żywe to było. Potem przeprowadziłam się do Lublina na studia. I dopiero tam zaczęłam tą przyjaźń pielęgnować. Słuchałam Jego kazań, czytałam wiele książek o Nim. Jego Zapiski są genialne. Zaczęłam na Facebooku szukać Jego znajomych.Tak bardzo żałowałam, że nie miałam możliwości Go poznać. Wynagradzał mi to. Posyłał mi swoich przyjaciół, osób którzy Go znali. Wychodził sam ku mnie przez nich. 

Teraz jest moim świętym. Chociaż nie znałam Go osobiście. Czasem się zastanawiam dlaczego mam do Niego takie przywiązanie i Miłość. Przecież tak się różnimy. Środowisko w którym pracował jest dla mnie dalekie, sprawy które poruszał też. Nie znam odpowiedzi, czuje, że Jego misja jest tez i moją. Im bardziej Go poznaje, tym głębsze nabieram przekonanie, że to nie przypadek. Widziałam kilka razy Jego rodzinę. Znam jego Bratanka. Rozmawiałam  z ludźmi, którzy Go znali. Byłam w Jego pokoju na plebanii. Nie wszyscy mają taki dostęp bliski do Niego. Nie rozumiem tego, ale ufam że w tym jest plan Boga i ks. Jurka dla mnie :)

W tym roku będąc w domu, przeszukiwałam stary papiery mojej mamy. Było tam wiele starych obrazków religijnych. I wśród nich znalazłam duże zdjęcie ks. Jerzego z ostatnimi słowami, wypowiedzianymi w Bydgoszczy. Byłam w szoku, tyle razy przeszukiwałam te papiery, znałam na pamięć co tam leży, a tu... Mama powiedziała, że jeszcze w 1996 roku go dał jej. 

Zobaczyłam też w kościele na ławce, na której siedzę w modlitewniku Jego zdjęcie z modlitwą. W kaplice sióstr zakonnych przy tabernakulum Jego zdjęcie. Wcześniej nie było lub nie wiedziałam po prostu tego. Przywiozłam też duzo obrazków z Nim by parafianom rozdać i opowiedzieć. Ale Ks. Proboszcz jeszcze tego nie uczynił.

Myslę, że to dopiero początek naszej wspólnej drogi z Nim.

Pozdrawiam

Inna Meshkorez, studentka z Kazachstanu [obecnie: Lublin, Warszawa]

19.X.2015r.

 

Adam Nowosad                                                            Warszawa, maj 2015 r.

 

 

W największym skrócie...

 

 

Przesłanie księdza Jerzego, jest wezwaniem do życia w wolności.

 

Wielokrotnie w swoich kazaniach odwoływał się On do istoty wolności i przypominał, że można być wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia.

   

Wielu powie, że to truizm, ale słowa księdza Jerzego należy traktować jak wiarygodne, męczeńską krwią okupione memento. Rozważając je, czy też kontestując, zawsze trzeba mieć przed oczyma Jego bestialsko umęczone oblicze.

 

Błogosławiony Jerzy, sam żyjąc jako wolny człowiek, ograniczany jedynie miłością do Boga i bliźniego, i nas zachęcał do wstąpienia na tę właśnie drogę.

 

Pozostawił liczne wskazówki, które pomogą ten cel osiągnąć. Jeśli o nich zapomnieliśmy, to odwiedźmy miejsce spoczynku Jego doczesnych szczątków (relikwii). To tam, niejako w depozycie, złożone są wszystkie wartości, za które ten święty oddał życie. Tam właśnie, prosząc z wiarą, możemy zaczerpnąć z tego skarbca...

 

W obecności Jego żywego serca możemy otrzymać dary, które sprawią, że nasze serce i nasze ciało staną się na powrót mieszkaniem godnym Ducha Świętego. Prośmy tylko o to, a cała reszta będzie nam dodana. Ubogaceni łaskami, będziemy już „wolni od lęku, zastraszenia i od żądzy odwetu”.

 

Kiedy osiągniemy taki stan, uprawnionym będzie twierdzenie, że wolność jest w nas. Żyjąc w warunkach prawdziwej wolności, łatwiej zachowamy godność dziecka Bożego i tym samym wypełnimy przekazany nam w ostatnich publicznie wygłoszonych słowach, zacytowany powyżej testament tego Męczennika.

 

Będzie nam też łatwiej w świadectwie Jego życia i głoszonym przez niego Słowie, odnajdywać wskazania, które uchronią nas przed zagubieniem tej jedynej, prowadzącej do Domu Ojca drogi.

 

 

Z Bogiem.

 

 

Adam Nowosad                                                                  marzec, 2015 r.

 

 

 

 

O księdzu Jerzym dziś -  krótko.

 

Co robić?

 

Rok 1980, trwała, jak wtedy myśleliśmy, odnowa… Później euforia Solidarności, stan wojenny i ekstaza walki. Rok 84, śmierć księdza Jerzego i...smuta. Rok 1989 i po krótkim zrywie, znów smuta. Tym razem długotrwała. Pogubiliśmy się w tym wszystkim. Te wydarzenia, poznańskie, radomskie, gdańskie… Te konflikty z przeszłości. Rok 68 i krakowscy intelektualiści kontra Wyszyński… Niezrozumiałe to wszystko…

 

Ksiądz Jerzy przyszedł do nas kiedy był potrzebny, tak zwyczajnie bo inni byli zajęci, czy też bali się... Mówił nam, że jeśli chcemy zmienić Polskę, to musimy najpierw zacząć zmieniać siebie… Nie zrozumieliśmy. Stara to nauka, ewangeliczna. Nie nauczał jednak, przypominał tylko. Jednego mamy nauczyciela i ksiądz Jerzy bardzo dobrze to wiedział.

 

My głupi, nie widzieliśmy tego wówczas, pamiętacie? Kiedy stawał przy Stole Słowa, tam wtedy na Żoliborzu, to jakoś tak niezwykle się odmieniał. Czy o tym wiedział? Nie widzieliśmy Go wtedy, ale On był tam. Zapewniał nas przecież: „Gdzie dwóch lub trzech zbierze się w imię Moje, Ja będę z nimi.” Pamiętacie? Dziś to widać wyraźnie, stał tuż przy Nim sam Jezus Chrystus, a my ciągle pytamy co teraz, co robić… ?

 

Szukajmy Prawdy, a Prawda nas wyzwoli… !

 

 

 

Stańmy pod krzyżem.

 

 

 

Z Bogiem

 
Anna Mularska, Warszawa
[fragment świadectwa]

[...]Jestem w wykształcenia dziennikarzem i teologiem. Obecnie robię doktorat z teologii duchowości.
Urodziłam się w 1989 r. W wieku 14 lat po raz pierwszy zetknęłam się z ks. Jerzym Popiełuszką, jeszcze Sługą Bożym. Chorując na grypę i mając wolne od zajęć w szkole, sięgnęłam po książkę "Prawda warta życia" Grażyny Sikorskiej. Od tej pory nierozerwalnie złączyłam się duchowo z ks. Jerzym, choć nie miałam nigdy możliwości poznać go osobiście.
Rok później założyłam pierwszą w Polsce grupę modlitewną młodzieży, której zadaniem było szerzenie kultu ks. Jerzego oraz modlitwa o jego beatyfikację. Grupa ta liczyła sobie w okresie "szczytu" ok. 75 osób z Polski, USA i Niemiec[...]

nasza siostra w Misji bł.ks. Jerzego 

Katarzyna Kubiak, Świnice Warckie
Pragnę stać się misjonarzem Błogosławionego Księdza Jerzego, ponieważ bardzo często doświadczam obecności tego Świętego w moim życiu - poprzez Jego wstawiennictwo u Boga i Jego wpływ na moje życie. Ksiądz Jerzy jest mi szczególnie bliski - parę lat temu objęłam Go za swojego patrona i staram się każdego dnia naśladować Go w Jego miłości do Boga i ludzi. Dziś wiem, że gdyby nie to, że "spotkałam" na swojej drodze osobę Księdza Jerzego, nie byłabym tak blisko Boga, jak jestem teraz. Poza tym decyzję o przyjęciu obowiązków misjonarza podjęłam także z tego powodu, że przyrzekłam to Panu Bogu, prosząc Go, za szczególnym wstawiennictwem Błogosławionego Księdza Jerzego o łaskę uzdrowienia z białaczki i gruźlicy dla mojej mamy. Od chwili wykrycia u niej ostrej białaczki szpikowej minął już ponad rok, w tym momencie wyniki są naprawdę wspaniałe, a moja mama czuje się bardzo dobrze. Nie mamy jeszcze pewności, czy choroba nie wróci, ale ja jestem pewna, że jeśli oddamy się Woli Bożej, to wszystko będzie dobrze. Pragnę więc chociaż w ten sposób podziękować Bogu i Księdzu Jerzemu za wszystkie te cuda.
 

Adam Nowosad, 

Warszawa, dn. 20 wrzesień 2014r.

Odpowiedź na pytanie kim w moim życiu jest błogosławiony ksiądz Jerzy jest zaproszeniem do napisania niekończącej się opowieści. Nie sposób w kilku zdaniach opisać jak wiele zmian zaszło w moim życiu od momentu, kiedy któregoś majowego dnia 1982 roku na zaproszenie kolegi, na chwilę, jak mi się wydawało, podjechałem do kościoła pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Ponieważ trzeba jednak odpowiedzieć krótko, to wspomnę tylko, że w tamtym majowym dniu wydarzyło się coś, czego przez wiele następnych lat nie potrafiłem zrozumieć. Wystarczyło jedno spojrzenie tego, na pierwszy rzut oka dość zwyczajnego księdza, żeby zwaliły się w gruz wszystkie dotychczasowe wyobrażenia, o tym jak powinno wyglądać moje życie. Byłem początkującym przedsiębiorcą, zdeterminowanym żeby odnieść biznesowy sukces i ani w głowie była mi polityka, czy też problemy Kościoła w Polsce. Okazało się jednak wtedy, że w jednym momencie, bez chwili wahania stawiłem się do dyspozycji księdza, który był wówczas bardzo zaangażowany w organizację Mszy św. za Ojczyznę. I tak już było rok po roku. Uczestnicząc w wielu Jego działaniach  upewniałem się, że droga którą wcześniej zamierzałem podążać, była drogą prowadzącą na manowce. Punktem zwrotnym w moim życiu była chyba spowiedź generalna, którą odbyłem przed tym kapłanem, jak pamiętam, na pół roku przed Jego męczeńską śmiercią. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy po udzieleniu rozgrzeszenia przytulił mnie On mocno do swojej piersi i długo się modlił. Dziś wiem, że była to Jego rozmowa z Bogiem, w sprawie szansy na moje życie wieczne. Od tego czasu w moim sercu, w moim umyśle, zaczęły się dziać dziwne procesy - mogę je chyba nazwać poznawczymi. Powolutku zaczęły ukazywać mi się w innej niż dotychczas perspektywie, sprawy tego świata i mojego w nim miejsca. Po trzydziestu kilku latach od spotkania tego Bożego posłańca mogę stwierdzić, że przewartościowaniu uległy niemal wszystkie moje poglądy i reguły postępowania, którym niegdyś hołdowałem. Kim więc w moim życiu jest ten, który odmienił je tak gruntownie? Czy jest tylko orędownikiem przed Bogiem w setkach spraw z którymi się za jego pośrednictwem zwracam do Pana? Czy może moim przewodnikiem po najeżonych szatańskimi pułapkami drogach ziemskiej rzeczywistości. A może rozmówcą do którego zwracam się codziennie o poradę, o pomoc? Czasem myślę, że może kiedyś będę Jego nieużytecznym narzędziem, którym zechce posłużyć się wobec kogoś potrzebującego, bym mógł choć odrobinę odwdzięczyć się za wszystko co dla mnie uczynił. Potrzebowałbym wielu kartek papieru, żeby to wszystko opisać i ogromnie dużo czasu, żeby opowiedzieć o tym wszystkim czego doświadczyłem w ciągu tych lat, od czasu, kiedy zostałem przez Niego przywołany. Byłaby to być może ciekawa opowieść, tylko, czy są jeszcze tacy ludzie, którzy zechcieliby tego wszystkiego słuchać, a co gorsza przeczytać? Świat promuje dziś ideologię sukcesu i dobrobytu - tu i teraz. Tymczasem ksiądz Jerzy przywołuje nas do innej, jakże dziś niepopularnej rzeczywistości. On sam przeszedł przez swoje życie śladami naszego Nauczyciela i zachęca nas, żebyśmy wszyscy wstępowali na tę drogę, ale, czy my tego właśnie chcemy? Czy jesteśmy gotowi by zrezygnować z tak wielu błyskotek tego świata. Jeśli znajdzie się kto zainteresowany, to opowiem, czy i jak to jest możliwe. Najlepiej jednak pytajcie o to samego, wkrótce już kanonizowanego świętego Pańskiego Kościoła - księdza Jerzego Popiełuszkę. 

Warszawa, wiosna 2008 r.

Zło - Dobrem.

“Nie daj się zwyciężać złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

 

Zgodnie z obietnicą przesyłam pierwszy z tekstów, który ma pomóc w rozeznaniu kilku pojęć o zasadniczym znaczeniu. Na początek proponuję Wam - drodzy młodzi rozmówcy z Radia Maryja, moją definicję wezwania św. Pawła - „…zło dobrem zwyciężaj”.

Przypominam, że tak jak wszystkie inne moje teksty, ten również nie jest jakąś detalicznie uporządkowaną, sprawdzoną od strony teologicznej wykładnią zagadnienia. Przedstawiam tu jedynie, z założenia, niezbyt spójny zbiór swoich gromadzonych przez lata przemyśleń, inspirowanych wspomnieniem wielokrotnych rozmów z księdzem Jerzym.

Czasem, kiedy przypadał mój nocny dyżur w ochronie spokojnego snu księdza, zostawaliśmy wieczorem sami i wówczas w sprzyjającej atmosferze, mogłem prowadzić ważne dla mnie rozmowy. Ksiądz zanim udał się na spoczynek, miał zwyczaj pytać o sprawy osobiste. Często prosiłem Go wtedy o wyjaśnienie różnych, niezrozumiałych dla mnie, nie tylko teologicznych kwestii.

Mam świadomość, że moja teologiczna wiedza, nadal jest bardzo skromna. Wiem, że mogę błądzić w szczegółach, jestem jednak przekonany, że rozważając poruszone tu sprawy warto uwzględnić moje doświadczenie płynące z obcowania ze Sługą Bożym - księdzem Jerzym. Pisząc ten tekst, z założenia nie zasięgałem porad teologów. Dodam jeszcze, że niestety nie dysponuję umiejętnością sprawnego posługiwania się piórem, ale skoro wykwalifikowani fachowcy nie zajmują się analizą i popularyzacją nauczania ks. Jerzego - to cóż… Uznałem, że wartością będzie samodzielne zaprezentowanie tego, co jest echem wspomnianych rozmów. Tego, co zdołałem zapamiętać i następnie mniej, czy bardziej udolnie rozwinąć.

Zapewniam, że to o czym piszę, nie jest efektem oczytania we współcześnie dostępnych publikacjach. Można chyba traktować ten zapis, jako formę świadectwa i w jakimś sensie, namiastkę przekazu od męczennika.

Mam jeszcze nadzieję, że po tej lekturze będziecie mieli wiele własnych przemyśleń. Może pod wpływem moich refleksji, sami lepiej zdefiniujecie, a następnie przekażecie innym te niezwykle istotne pojęcia, tak często niestety zawłaszczane przez zło.

Zacznijmy więc od:

 „NIE DAJ SIĘ ZWYCIĘŻYĆ ZŁU,

ALE ZŁO DOBREM ZWYCIĘŻAJ”

By zwyciężać zło dobrem musimy być świadomi, że zło istnieje tylko w relacji do dobra. Nie jest więc ono bytem samodzielnym. Zło, choć jest zdefiniowane jako grzech, nie ma jakiegoś jednoznacznego, powszechnie rozpoznawalnego oblicza. Przebywa w ciemności i tam działa - pozornie niedostrzegalne. Pozornie, albowiem w świetle Ewangelii, możemy je zobaczyć w całym jego przerażającym wymiarze.

Oczywiście zło robi wszystko, by ukryć przed nami swoje istnienie. Bowiem tylko wtedy, gdy nie jesteśmy go świadomi, ma szansę pustoszyć nasze wnętrze. Często przyobleka ono pozory dobra, mami nas i wodzi na pokuszenie. Niekiedy możemy dostrzec znamiona zła w niezwykłych, dotykających nas niepokojących zdarzeniach. Czasem widać jego działanie w chorobowo zniekształconych rysach twarzy, w zdeformowanych sylwetkach napotykanych, zniewolonych żądzami i nałogami ludzi. Jednak, by pozostać niedostrzegalne, zło posłuży się każdym sposobem kamuflowania swojego - jakkolwiek rozumianego obrazu. Odwraca, wręcz kradnie znaczenie powszechnie uznanych, ugruntowanych pojęć, w tym również tego sławnego Pawłowego zawołania. Zły jest przecież księciem kłamstwa!

Z definicji wiemy, że prawda jest wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości - takiej, jaką ona jest. Tymczasem, choćby w tzw. mediach głównego nurtu (którymi zło posługuje się w sposób mistrzowski) obowiązuje zasada, że prawdą jest to co zaistnieje w ludzkiej świadomości, wskutek uporczywego nagłaśniania jakiegoś zagadnienia.

Zło chętnie i od zawsze lansuje legendę walki dobra i zła. Przy pomocy swoich sług kłamstwa przekonuje nas, że i dziś, jak niegdyś w czasach herezji manichejskiej,1 ciągle zmagają się ze sobą dwa przeciwstawne, jakoby równoprawne byty. Trwa też podobno nieustanna walka światła z ciemnością.

To zapewne dlatego tyle słyszymy ostatnio we współczesnych, propagujących pogaństwo środkach przekazu, opowieści o dobru i złu, a tak niewiele w tym kontekście o istocie sprawy, czyli o Bogu i szatanie i o wspomnianej relacji zła, w odniesieniu do dobra. Tymczasem jedyną walką, z jaką mamy tu do czynienia, jest nasze wewnętrzne zmaganie się z problemem zawierzenia. Nie potrafimy bowiem dokonać jednoznacznego wyboru, czy pójść śmiało w kierunku jedynego światła, czy pozostać gdzieś w rzekomo bezpiecznej strefie półmroku. To właśnie na utrudnianiu podejmowania właściwych decyzji, z grubsza rzecz biorąc, polega istota działania zła.

By wytrwać na drodze do domu Ojca, musimy prosić o dar rozeznania. Kiedy otrzymamy tę łaskę powinniśmy podejmować wysiłek rozróżnienia Dobrego i złego. Musimy nauczyć się takiej klasyfikacji tych pojęć, w istocie tych duchów, by nigdy nie mogło dojść do ich pomylenia. Kiedy już osiągniemy taką zdolność, winniśmy podzielić się tą wiedzą z bliźnimi - najlepiej świadectwem własnej życiowej postawy.

Rozeznając, trzeba odróżniać zwykłe potocznie używane pojęcia, jak dobroczynność czy zło kojarzące się z trudami egzystencji, od tego dobra i zła o którym mówił św. Paweł. Nie wolno nam też bezrefleksyjnie akceptować, nader często dokonywanej zmiany znaczenia i wymowy gestu nadstawiania drugiego policzka. Ten, choć z gruntu chrześcijański, nie jest najlepszym sposobem zwalczania zła. Należy go raczej traktować, jako demonstrację pokory, czy miłosierdzia - bijący nie wie bowiem co czyni. Kiedy podejmujemy wysiłek by wyzwolić się z sideł zła, musimy pamiętać, że nie wolno nam tego robić w oparciu o własne siły. Szatan jest potężnym duchem i człowiek samodzielnie nie jest w stanie stawić mu czoła.

Gwarancją zwycięstwa pozostaje zwrócenie się o wsparcie do Tego, który jest mocniejszy od zła, do Tego który zło pokonał na krzyżu. To właśnie tam i wtedy w perspektywie zmartwychwstania, dokonało i dokonuje się zwycięstwo nad złem. Od czasu ukrzyżowania Dawcy dobra, imperium zła może się już tylko kurczyć - aż do całkowitego unicestwienia. Nie oznacza to, że zło przestaje już skutecznie działać. Wprost przeciwnie, mając świadomość ograniczonego czasu, nasila ono swoją niszczycielską moc i „jak lew ryczący krąży patrząc, kogo by jeszcze pożreć”. Jednak przestrzeń wokół krzyża jest i pozostanie przestrzenią wolności.

Pod krzyżem na Golgocie stał tylko jeden z uczniów Jezusa - Jan i to on właśnie, jako jedyny spośród nich, zmarł w sposób naturalny w późnej starości. Jest to wyraźne wskazanie, że trzeba przylgnąć do krzyża. Wiedzieli nasi przodkowie, że bezpieczni będziemy tylko pod krzyżem - tylko pod tym znakiem…

Zwycięstwo dobra nad złem dokonuje się zatem w obecności krzyża, poprzez modlitwę i dzięki płynącej z niej łasce poznania wyzwalającej prawdy.           Przypomnijmy sobie zwycięskie zmaganie się Jezusa ze złem, gdy pościł On na pustyni. Możemy być pewni, że jeśli przylgniemy do Boga sercem i modlitwą, to i nas wyprowadzi On z zagrożenia i zło odprawi. Przez całe nasze życie powinniśmy zatem prosić Ducha Świętego o wsparcie, o łaskę poznania wyzwalającej Ewangelii i komunię z Jej Głosicielem.

 

Zło dobrem zwyciężać znaczy jeszcze, zawierzyć bez reszty Chrystusowi!

Zawierzyć zaś, to wczuć się w położenie ojca (Abrahama), który uniósł już uzbrojoną w nóż rękę, nad głową swojego jedynego syna, bo taką wydawała się mu być wola Boga.

 

Zawierzyć, to powiedzieć Bogu - TAK! Podobnie, jak to uczyniła młoda dziewczyna - Maryja, pomimo, że była już obiecana oblubieńcowi. Wiemy przecież, że w tamtych czasach i w tamtej kulturze groziło jej za to ukamienowanie.

 

Należy jeszcze pamiętać o nakazie miłości nieprzyjaciół. Sidła nienawiści, są bowiem jednym z najgroźniejszych narzędzi złego. To dlatego Jezus upomniał nas, że bratu trzeba przebaczyć nawet siedemdziesiąt siedem razy. Nigdy, przenigdy nie wolno nam uczestniczyć w walce przeciwko drugiemu człowiekowi! (czym innym sprawa, a czym innym człowiek ). Musimy też pamiętać, że za wymierzonymi w nas, mniej czy bardziej świadomie, złymi uczynkami innych ludzi - zawsze stoi zły. Zwalczajmy więc zło dobrem i „módlmy się, byśmy do końca pozostawali wolni od lęku oraz żądzy przemocy i odwetu”.2

 

Pamiętajmy też powtarzając po św. Maksymilianie i księdzu Jerzym:

"Tylko poznanie Prawdy i kierowanie się jej wyzwalającą nauką, uczyni nas prawdziwie wolnymi, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia."

Jednak - wolność, która wynika z prawa Bożego, zakreśla też obszar odpowiedzialności. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianego, wynikającego z otrzymanej łaski, obowiązku nieustannego poznawania prawdy i konieczności dzielenia się zdobytą wiedzą z tymi, którzy nie potrafią podejmować wysiłku rozeznania.

Ksiądz Jerzy przypominał, że wolność jest dana człowiekowi jako wymiar jego wielkości. Warto w tym kontekście zauważyć, że jedyna wolność warta najwyższej ofiary, to wolność wynikająca z poznania prawdy. Każde inne pojęcie wolności, jak np. wolność ojczyzny, ma inny, zwykle społeczny wymiar.   Jeśli społeczność w swoim działaniu nie odwołuje się do ewangelicznej prawdy, to nie wolno w imię takich czy innych idei, szafować boskim darem życia. Umiłowanie wolności ojczyzny, rodzi właśnie obowiązek poznania prawdy i takie budowanie na jej fundamentach, aby dzieło mogło być trwałe - dla dobra pokoleń. Każda inna prawda tzw. obiektywna, czy naukowa etc, jeśli nie odwołuje się do Boga, nigdy nie uczyni nas prawdziwie wolnymi.

Żaden związek, czy to osobisty, czy społeczny, jeśli nie jest oparty na Ewangelii nie jest wart ofiary z życia, a tym bardziej z życia wiecznego!

Jedyną niewolą, jakiej powinniśmy pragnąć ze wszystkich sił i z całego serca, jest bezwarunkowe oddanie się do dyspozycji Ojcu wszelkiego stworzenia.

Pamiętajmy jeszcze, że nadmierna troska o własny, źle pojmowany dobrostan, przesadna dbałość o pozytywny, akceptowalny społecznie wizerunek - nieuchronnie uwikła nas w niewolę.

Jeśli zatem zło istnieje tylko w relacji do dobra, to by je zwyciężyć po prostu pozostańmy przy dobru. Służmy mu i pamiętajmy o przestrodze Nauczyciela, by „na drogi pogan nie zachodzić”. Czyhają tam na nas liczne pułapki, takie jak hedonizm, konsumeryzm, czy schlebianie własnemu rozumowi. Zagrożeniem jest też przeświadczenie, że można polegać wyłącznie na swoim, często przecież źle uformowanym sumieniu.

I jeszcze to jedno, czyniąc dobro powinniśmy mieć świadomość, że nie spłacamy w ten sposób jakiejś należności. Nigdy nie oczekujmy z powodu czynienia dobra nagrody, zwłaszcza tu na ziemi. Nie możemy bowiem sami dokonać żadnego wykupienia. Wykupił nas z niewoli grzechu Jezus Chrystus swoją krwią i tylko On, a nie nasze dobre uczynki może dać nam mieszkanie w domu Ojca. Oczywiście czyniąc dobro pomniejszamy obszary działania złego i w ten sposób też przyczyniamy się do zwycięstwa nad nim. Nie jest to jednak automatyczne zadośćuczynienie - załatwienie sprawy.

 

Na zakończenie, dla tych, którzy lubią konkrety przywołam jeszcze cytat z księgi proroka Izajasza: (Iz 1,10.)

„Słuchajcie słowa Pana, wodzowie sodomscy, dajcie posłuch prawu naszego Boga, ludu Gomory. Obmyjcie się, bądźcie czyści. Usuńcie zło uczynków waszych sprzed moich oczu. Przestańcie czynić zło. Zaprawiajcie się w dobrem. Troszczcie się o sprawiedliwość, wspomagajcie uciśnionego, oddajcie słuszność sierocie, stawajcie w obronie wdowy.”

Jest to dość wyraźna wskazówka, jakimi sposobami możemy zwalczać zło, kiedy już poznamy i pokochamy prawdę.

Tak właśnie czynił ksiądz Jerzy. Upominał się o sprawiedliwość, wspomagał uciśnionego i stawał w obronie „wdów”, czyli słabszych.

Troszczmy się jeszcze o pielęgnowanie cnoty wewnętrznej radości. Mamy prawo, a nawet obowiązek demonstrować radość, albowiem wynika ona z faktu naszego dziecięctwa Bożego. Ksiądz Jerzy przypominał, przywołując słowa prymasa Wyszyńskiego „Tylko Szatan smutny jest od urodzenia”.

 

Zachowując wewnętrzną radość, będziemy bardziej usposobieni do poznania miłości

O miłości zaś, napiszę następnym razem.

 

Zaprawieni w boju, jak najczęściej odmawiajmy ten egzorcyzm.

Modlitwa do św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a ty Wodzu Zastępów Niebieskich, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. AMEN

 

 

1 Manicheizm : Odłam gnostycyzmu, herezja stworzona w III w. przez Maniego. Zakładał odwieczną walkę dobra ze złem, ponieważ według manichejczyków rzeczywistość podzielona jest na królestwo Boga i królestwo szatana. Dualizm kosmologiczny odpowiadał dualizmowi człowieka, który miał posiadać dwie dusze. Pierwsza była związana z Bogiem, druga przez związek z materią wiązała się również ze złem. Z tego powodu manicheizm wymagał od swoich wyznawców ascetyzmu i życia zgodnego z etyką. W ramach tej herezji wystrzegano się grzechu, ponieważ rozgrzeszenie można było uzyskać tylko w obliczu śmierci. Prawo moralne tej doktryny ograniczało się do symboli trzech pieczęci. Członkowie tej sekty musieli pamiętać o pieczęci na swoich rękach ustach i łonie. Pieczęć na rękach miała powstrzymywać od zadawania ran, zabijania i uczestniczenia w wojnie. Pieczęć na ustach wymuszała mówienie prawdy, nie pozwalała na spożywanie mięsa i pokarmów nieczystych. Pieczęć na łonie miała ograniczać działanie czynników cielesnych. Manichejczycy uważali, że podporządkowanie się prawom trzech pieczęci sprawi, że ludzie staną się czyści a Bóg zatryumfuje. Następstwem tej sytuacji będzie koniec świata.

Manicheizm potępiono ostatecznie na soborze we Florencji w 1438 r.

(Cyt. za Tygodnikiem katolickim Niedziela.)

 

Niestety, Manicheizm, właśnie wskutek działania złego w różnych, zawoalowanych postaciach i modyfikacjach funkcjonuje do dziś, również w Kościele.

2 Są to ostatnie, publicznie wypowiedziane słowa księdza Jerzego.

 

Z Bogiem.

Adam Nowosad

Piszcie,  e - mail     Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Warszawa, jesień 2008 roku

(w reakcji na krytykę)

 

Po zaprezentowaniu mojego tekstu „...zło dobrem...”, spotkałem się z pytaniami i wątpliwościami dotyczącymi poruszonych tam zagadnień. Dochodzę do wniosku, że niektóre pojęcia chyba rzeczywiście wymagają rozwinięcia i doprecyzowania. Miałem już takie dyskusje na temat tego i innych moich opracowań, poświęconych osobie oraz przesłaniu Sługi Bożego księdza Jerzego. Zapewniam, że łatwiej byłoby mi dyskutować niż pisać, jednak.. cóż począć? Żeby uniknąć powtarzania się i mnożenia podobnych argumentów, przedstawię tu w nieco tylko zmienionej formie, fragmenty mojej odpowiedzi adresowanej do osoby szczególnie interesującej się problematyką zwalczania zła. 

„Przyznaję - użycie odnośnie zła, określenia „nie jest ono bytem samodzielnym" może budzić wątpliwości. Wielu twierdzi, że lepszym było by tu użycie słowa - „samoistnym". Owszem, jednak w całym stworzeniu (Opus Dei) nie ma żadnego w pełni samoistnego bytu, poza Stwórcą - „Nieruchomym Poruszycielem” w Trójcy jedynym Bogiem, który jest Miłością i Jego żywym Słowem (na początku było Słowo ...). Nie należy więc chyba bezkrytycznie zestawiać tych pojęć.

W głównym opracowaniu przypomniałem, że „zło istnieje tylko w relacji do dobra", gdybym zatem użył w następnym wierszu jakiegokolwiek rozwinięcia, to byłoby to trochę takie masło maślane. No, bo jakie dookreślenie będzie tu najtrafniejsze? Jedynie Bóg, od którego wszelkie dobro pochodzi ma pełnię władzy. Przypomnę - zło, samo z siebie nie może zaistnieć tam, gdzie by chciało, a oczywiście chciałoby wszędzie. Jest ono trochę, jak pies na uwięzi, musimy zatem uważać żeby nie wejść w zasięg długości jego łańcucha.

Szatan był doskonałym stworzeniem Boga, Jego Cherubem, niejako ukoronowaniem dzieła. Zapewne wskutek pychy zbuntował się, prowokując do buntu wiele innych aniołów. W następstwie tego postępku, jak wiemy z Apokalipsy św. Jana, został zmieciony z niebios i wraz z trzecią częścią „gwiazd” (aniołów zła) Strącony na ziemię, którą od tego czasu samozwańczo usiłuje objąć w posiadanie. Można chyba mieć nieco wątpliwości, czy rola szatana tu na ziemi jest taka całkiem samozwańcza? Dokonania szatana będą przecież naszym problemem na Sądzie szczegółowym.

Warto poprosić teologa o wyjaśnienie tej kwestii. Warto też w tym miejscu przypomnieć, że jednym z głównych powodów buntu szatana, była pycha i zazdrość. Szatan nie mógł się bowiem pogodzić ze znanym mu zamysłem Boga o stworzeniu istoty doskonalszej od niego, czyli Najświętszej Maryi Panny. Dopiero w tym kontekście zrozumiałym wydaje się być fakt zapiekłej nienawiści szatana, do wszystkiego co Maryjne.

 

Mam taką „swoją”, zapewne wielu ludziom dobrze znaną teorię. Uważam, że szatan był tu na ziemi o wiele mocniejszy do momentu, kiedy to z jego podkuszenia ukrzyżowano Syna Bożego. Wiemy, że taki był plan Boga, ale przecież ludzie jako wolne istoty, mogli wybrać Jezusa zamiast Barabasza.

Szatan popełnił wtedy chyba największy tu na ziemi błąd - od tego czasu jego królestwo może się już tylko kurczyć. Zrozumiał zapewne i dobrze już wie, że są to dla niego czasy ostateczne. Wie, że jego władza i on sam zostaną ostatecznie unicestwieni, kiedy Pan powróci. Na marginesie - warto pamiętać, że sąd nad Jezusem trwa nieprzerwanie po dzień dzisiejszy. Dokonuje się on w naszych sercach, ilekroć świadomie wybieramy grzech, czyli Barabasza zamiast dobra - Jezusa.

W kontekście powyższych roztrząsań, przypomnę w tym miejscu, że jedną z ulubionych sztuczek szatana jest sofistyka, czyli uporczywe dyskusje na temat źle użytego słowa. Często w dobrej wierze próbujemy rozprawiać o jakimś przymiotniku, a faktycznie prowadzi to do podważania istoty sprawy. Mimowolnie zaczynamy dowodzić, że szatana nie ma, bo źle zostało użyte takie, czy inne - najczęściej wieloznaczne słowo.

I jeszcze - zdarza mi się spierać czasem na temat osobowości szatana. Wiem, że z teologicznego punktu widzenia raczej nie można obronić twierdzenia, że szatan nie jest bytem osobowym. Lubię jednak podkreślać, że to właśnie z powodu buntu przeciw swojemu Stwórcy, przestał być on osobą w  tym pełnym godności tego słowa znaczeniu. Inaczej mówiąc, sam  pozbawił się prawa do tego zaszczytnego miana.

Dodam, gdyby szatan był jednak bytem samoistnym, albo w pełni samodzielnym, to zapewne urządziłby sobie tu na ziemi np. w Warszawie na Marszałkowskiej 44/66 (nie wiem, co się tam mieści) oficjalne biuro pod szyldem „SZATAN SPÓŁKA AKCYJNA” i dalej małymi literkami „z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością”. Tak się jednak nie dzieje - choć pewnie było by to dobre. Wszyscy wiedzielibyśmy wtedy, gdzie nie wolno katolikowi zaglądać, no chyba, że ktoś świadomie by tam wpadał, np. na pogawędkę o sofistyce, sofizmatach, bądź paralogizmach (darujcie ten slang).

Nie znaczy to oczywiście, że szatan nie ma na ziemi swoich przybytków, tj. miejsc w których gromadzi swoich wyznawców. Ależ nie - takich „świątyń” jest bardzo dużo. Będą nimi wszelkie miejsca kultywowania grzechu, domy upadku zwane domami rozpusty, jaskinie hazardu itp. Nie spotkamy tam jednak szatana w jakiejś fizycznej postaci, jest on przecież niewidzialnym duchem.

Jego obecność można jednak dostrzec w tych miejscach. Będą to choćby jego wyobrażenia zdobiące takie wnętrza i jakże często, jak o tym wcześniej wspominałem, zniekształcone sylwetki i zniszczone twarze ludzi owładniętych uzależnieniami. Bywa, że oblicza tych nieszczęśników są tak bardzo zniszczone przez grzech, że aż budzi to grozę. Jednak nigdy nie jest to własna, osobowa postać szatana. Powtórzę raz jeszcze, zło które zawsze egzystuje w ciemności, jest i pozostanie tam bezpostaciowe, by zwodzić. Omijajmy więc ciemne doliny.

 

Z Panem Bogiem.

 

Ps.

Zastrzegłem już i przypominam ponownie, powyższe osobiste przemyślenia nie są, w żadnej mierze, teologiczną wykładnią zagadnienia. Każdy z was, niejako sprowokowany, powinien, zasięgając opinii uznanych teologów lub kierowników duchowych sam uporządkować sobie te pojęcia - zgodnie z obowiązującym kanonem.

Jeśli zatem w moich wywodach jest coś niezgodnego z obowiązującą teologią, należy to bezwzględnie pominąć w swoich rozważaniach. Jak każdy człowiek mam prawo do błądzenia.

Ważnym wydaje się, żeby po lekturze tego tekstu, pozostało w czytającym przeświadczenie, że „zło dobrem zwyciężać” to znaczy: bezwzględnie trwać przy Bogu i Jego Kościele!

 

Pozdrawiam i zapewniam o nieustannej modlitwie, za każdego czytającego to opracowanie. Niech Ksiądz Jerzy wyprasza potrzebne łaski.

 

Adam Nowosad

Piszcie do mnie: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.