Październik 2017

 

Koniec lat 70-tych – to czas przemian w Polsce i wielkich nadziei… Wybór Polaka na tron Piotrowy i jego przyjazd do kraju. Ludzi zaczęła łączyć Solidarność, potem stan wojenny i niezwykłe Msze św. na Żoliborzu za Ojczyznę i za tych "którzy dla niej cierpią. Młody Kapłan Ks. Jerzy Popiełuszko mówił o Bogu, Ojczyźnie i człowieku:

"a mówił takimi słowami

jakby mieszkał w Biblii

a ci co słuchali

chcieli tam być

razem z Nim

i rosły coraz większe tłumy". (Krótki życiorys."..)

 

Presja tych wydarzeń była tak wielka, że zaczęłam pisać wiersze - nie biorąc ich zbyt poważnie. Pisane na przebitkach – z dopiskiem Teresa - moje drugie imię - zanosiłam (lub któraś z koleżanek) do zakrystii dla Ks. Jerzego. I moje wielkie zdziwienie, gdy usłyszałam "Są inne kraje" w wykonaniu Kasi Łaniewskiej w części artystycznej Mszy sierpniowej 1982 za Ojczyznę. Potem w październiku Marysia Homerska mówi "Modlitwę o łaskę przebaczenia" a w styczniu 1983 roku Basia Rachwalska "Moja Polska poszarzała". Niedowierzanie, radość i szczęście !!!

 

23 kwietnia (rok 1983) imieniny Księdza – powinnam pójść, złożyć życzenia, podziękować, że jest z nami TAKI KAPŁAN, a przede wszystkim przedstawić się. Po rozmowie ze strażą "Czy Ksiądz Panią zna? Kogo mam zapowiedzieć?" Po chwili zostałam zaproszona.

"Wpuściły mnie opiekuńcze straże

i z bliska ujrzałam dobrego Kapłana

wyszedł mi naprzeciw

i rękę z fiołkami przytulił do twarzy

 

taki był radosny i taki młodzieńczy

jakby całe zło świata utonęło w kwiatach

co w misach, wiadrach, dzbanach i wazonach

wykrzykiwały urodę, kolory i zapach"

 

("Opowiedz mi o K. Jerzym")

 

Po tym pierwszym wzruszającym spotkaniu biegłam do Księdza na skrzydłach, przyniosłam wiersz imieninowy, a że nie napisałam dedykacji – wpisał ją sam. Msza majowa pełna niespodzianek – sześć moich wierszy (siódmy anonimowy). Po Mszy: "dziękuję za sześć" a Ksiądz niby naburmuszony, a oczy Mu się śmiały "jak to za sześć, za siedem!”" Tak lubił komuś zrobić przyjemność, wszystkich obdarowywał, interesował się rodzinnymi kłopotami, zawsze gotowy do pomocy i kończył spotkanie słowami "w czym mogę pomóc?"

 

Wydaje mi się, że to "w czym mogę pomóc?”" funkcjonuje do dzisiaj, bo trudno czasem wytłumaczyć sytuacje zwykłym przypadkiem! I nie tylko ja mam takie wrażenie.

 

Kiedyś napisałam wiersz, który wydawał mi się odpowiedni na Mszę. Dzwonię do Księdza, że kupiłam świece na ołtarz i słyszę w odpowiedzi, że właśnie się skończyły i żeby przywieść jak najszybciej. Tego dnia było spotkanie z aktorami i omawianie części artystycznej. "Świece się przydały". Wiele mam takich cudownych wspomnień, aż wilgotnieją oczy. Przyniosłam wiersz pt. "Nienawiść" a Ksiądz: czy godzi się dawać wiersz o takim tytule?! Za parę dni przynoszę w zmienionym tytule "Zmień tę nienawiść", a Ksiądz, że zna ten tekst - a ja, czy tytuł jest odpowiedni? Miał niezwykle życzliwy stosunek do drugiego człowieka i potrafił to okazać i to z dużą dawką cierpliwości. I nie było w nim żadnej sprzeczności między postawą, a tym co nam przekazywał w homiliach, a słowa pochodziły od Boga.. Wszyscyśmy Go kochali i uważali za świętego. Ludzie na Mszę za Ojczyznę przyjeżdżali z całej Polski: tysiące, tysiące ludzi, potem noc spędzali w autokarach, by dojechać do domu i prosto do pracy. I ta miłość do Księdza trwa do dzisiaj i ten fenomen światowy służby przy Grobie: Warszawa ma dwa takie Groby: Grób Nieznanego Żołnierza i Grób Księdza na Żoliborzu

…"Każdego ramieniem otulił

nikt nie poszedł głodny

kościół budował prawdziwego Boga

aż po sznur Golgoty…"

("Za mnie za ciebie")

 

W czerwcu 84 miałam takie malutkie święto – okrągła liczba moich tekstów mówionych w tym kościele, Ksiądz powiedział, że trzeba je wydać. Jak tu wydać skoro ich autorka ma tylko imię Teresa ? Więc zaproponowałam, że dodam nazwisko rodowe Babci: Boguszewska. Ksiądz zaczął się śmiać! Z całego serca, długo, bardzo długo, wreszcie spytałam dlaczego się śmieje i tak serdecznie? Bo tak nazywa się Jego rodzona siostra, upewniłam się tylko czy nie będzie miała kłopotów, powiedział, że nie. Dziś myślę, że tamta rozmowa była chwilą wielkiego relaksu w tamtych dniach zagrożenia. A ja zostałam przy tym pseudonimie, czuję się bliżej Niego. I to całe moje pisanie było dzięki Niemu, cieszył się każdym wierszem, były potrzebne i mnie, bo mogłam w ten sposób Księdzu służyć.

 

Ksiądz mówił, trzeba te wiersze wydać. I zajął się tym!! Po zniesieniu stanu wojennego pojechałam do syna do Anglii, pożegnałam się z Księdzem, pobłogosławił, ofiarował piękny upominek dla syna i prosił o przekazanie podziękowania dr Bożenie Laskiewicz za przywożone przez nią leki. Zaprzyjaźniłyśmy się. Po roku znowu dostałam paszport i ona zajęła się wydaniem tomiku pt. "I poszedł Bóg doliną krzywdy" (Londyn wydawnictwo ODNOWA 1985.)

 

"Na warszawskim Żoliborzu

w kościele Księdza Jerzego

tuż za ołtarzem

stoi Jego konfesjonał

 

ktoś

różę położy czerwoną

lub kaczeńce złote

by w pamięci naszych łez

Jego krzyż pozostał

 

ktoś zegnie kolana

i twarz wtuli w ciszę

by w tym konfesjonale

echem dawnych lat

Jego głos usłyszeć…"

("Jego konfesjonał")

I zostaliśmy z Jego głosem w sercu….

 

Jeszcze dodam:

Chce, by to wspomnienie – tak bardzo bliskie – było osobnym świadectwem o Ks. Jerzym.

W kwietniu 84 r. urodziła się nam wnuczka, córka bardzo prosiła, aby to Ks. Jerzy ją ochrzcił.

Umówiłam się z Księdzem na 25 sierpnia godz. 14, Miałam wyrzuty sumienia, że On ma tyle na - Polskę i tysiące spraw ludzkich, a tu ja jeszcze… A jeśli zapomni? Na kilka dni przed, pojechałam na Żoliborz: w tym drugim pokoju mieszkania stały ławy, było nas kilka osób, każdy przynosił jakąś niepokojącą wieść.

 

Na framudze drzwi przyczepiona pinezką duża, biała kartka WAŻNE ! (sobota), C.

Zwilgotniały mi oczy. Dziś wyrzucam sobie: czemu tamtej kartki nie zamieniłam na kartkę przez siebie napisaną ?

 

Chrztu Ksiądz udzielił w tej kaplicy po prawej stronie ołtarza

 

…"Na jasnym czole

Magdaleny Wiktorii

znakiem krzyża

spoczęły święte ręce Kapłana

nikt nie przypuszcza wtedy

że święte

również męczeństwem"

("Chrzest")

 

Następnego dnia odprawił Mszę św., z ostatnią swoją homilią.

 

30 września Mszę za Ojczyznę odprawił ks. Jerzy a homilię wygłosił Ks. Teofil Bogucki,

Ks. Jerzy wrócił z pielgrzymki do Częstochowy. Po nabożeństwie w mieszkaniu Ks. Jerzy spotkał się z nami:

 

…"przystanął koło mnie

uśmiechnięty całą sutanną

z oczami pełnymi Jasnej Góry i

nie omijając żadnej dłoni

rozdawał ciepło i światło

 

dar zabrany z Częstochowy

 

szczęśliwość tego dnia

jak łąki zielone Galilei"

 

Pamiątka od Świętego

Odnawiam litery

na pamiątce od Świętego

- literkę po literce

czernią atramentu

i ciepłym dotykiem wspomnień

 

był rok 1984

 

styczeń roznosił jeszcze

zapach zielonych gałązek

choinek i świerków

przynoszonych z lasu

a w domach

ubieranych po królewsku

bo miał

narodzić się Chrystus

 

a zapach

tysięcy tysięcy kwiatów

układanych przy trumnie

zamordowanego Kapłana

rozniesie się po świecie

kilka miesięcy później

 

Mój syn był daleko

w obcym kraju

pozbawiony wszelkich radości

świąt Bożego Narodzenia

mgiełki dymu po zdmuchnięciu świeczki

snopu złocistych iskier sztucznych ogni

dotknięcia anielskich włosów

zapachu wigilijnego stołu.

 

A biały opłatek w rodzinnym domu ?

 

Dostałam paszport !

 

Pobiegłam na Żoliborz

Pożegnać się

I prosić o błogosławieństwo

a Święty Ksiądz :

„ co ja dam Tomkowi ?”

Dał krzyżyk wtopiony w drewno

i cepeliowski żłobek

na nim ciepłe słowa…

 

Odnawiam litery

- literka po literce

by nic nie umknęło

z naszej pamięci.

 

 

Październik 2016

 

Hanna Teresa Grodzicka – Królak

Pseudonim Teresa Boguszewska

 

Warszawa, lato 2015 roku.

 

„Świadek to ten, który widział, który pamięta i opowiada. Zobaczyć, pamiętać i opowiadać, to trzy czasowniki opisujące tożsamość i misję. Świadek to ten, który widział, ale nie obojętnym okiem; on zobaczył i zaangażował się w to wydarzenie. Dlatego pamięta, nie tylko dlatego, że potrafi dokładnie zrekonstruować wydarzenia, ale dlatego, że te fakty przemówiły do niego, a on zrozumiał ich głęboki sens.” O. św. Franciszek, Watykan, 19 kwietnia 2015 roku (Regina Coeli).

Poruszony powyższą definicją, wygłoszoną przez namiestnika Chrystusa, poczułem się zobligowany do zajęcia stanowiska w sprawie, która do niedawna wydawała mi się tak oczywista, że aż nie wymagająca szczególnej uwagi. O potrzebie ukazania pełnej prawdy o życiu, dziele i duchowości bł. Jerzego Popiełuszki, przekonałem się dużo wcześniej, ale kiedy znalazłem w mediach oświadczenie Wandy Półtawskiej o tym, że Polacy nie zrozumieli przesłania Jana Pawła II, doszedłem do przekonania, że trzeba działać. To skrupulatnie przemilczane oświadczenie dr. Półtawskiej, świadka życia św. JP II, było w swojej istocie szokujące i uświadomiło mi, że skoro można mieć wątpliwości w sprawie przesłania kogoś takiego jak ten święty, to cóż dopiero musi się dziać ze świadectwem naszego, „lokalnego” i jakże skromnego - błogosławionego Jerzego. Jeśli przy całym zapleczu naukowym i medialnym jakim otoczony jest kult JP II Jego przesłanie może być zniekształcane, bądź wykorzystywane jedynie fragmentarycznie, to co może się dziać z przesłaniem płynącym z posługi i męczeńskiej ofiary księdza Jerzego? O ile mi wiadomo, zajmowały się tym nieliczne osoby, być może świątobliwe i uczone, ale niekoniecznie obdarowane dłuższym osobistym kontaktem z tym błogosławionym. Kiedy spojrzałem na oficjalną stronę Sanktuarium przy kościele pw. Stanisława Kostki w Warszawie doświadczyłem - frustracji… Nie można nie odnieść wrażenia, że zamieszczona tam notka urąga i osobie i miejscu. Owszem jest kilka wartościowych fragmentów tekstów, jak ten o sylwetce duchowej, (cyt: Jest w pełni uzasadnione, aby ks. Jerzego Popiełuszkę zaliczać do kręgu świadków wiary, męczenników, o których mówi Jan Paweł II w Adhortacji Apostolskiej Ecclesia in Europa (n. 13), że zajaśnieli jak Boże światła w ciemności długiej nocy zła, jaką był czas rozlania nienawiści, okazującej się w pogardzie dla Prawa Bożego, dla godności człowieka a jednocześnie w prześladowaniu Kościoła. W nim ujawniła się nieogarniona obecność Odkupiciela i Jego łaski, z której czerpał siłę dla składania najwyższego świadectwa „prawdzie o Bogu i człowieku”.)wzięty z opracowania Komisji historycznej w Procesie informacyjnym (Copia publica trasumpti Processus S.D. Georgii Popiełuszko, vol. III, 794-796)) czy cytaty kilku innych wystąpień Papieża JP II - całość sprawia jednak wrażenie sztampy. Poruszony tym stanem rzeczy, doszedłem do przekonania, że jako świadek w procesie beatyfikacyjnym oraz uczestnik wielu zdarzeń z trzech ostatnich lat życia bł. Jerzego, świadom niedoskonałości pisarskich, mam jednak obowiązek wypowiedzieć się również w tej kwestii.

Na początek wypada mi zaznaczyć, że stosunkowo najlepiej napisanym tekstem odnoszącym się do przesłania, jest litania do bł. Jerzego Popiełuszki. W tej modlitwie poza kilkoma brakami, możemy odnaleźć sporo istotnych wątków komunikatu, który ksiądz Jerzy kieruje do potomnych. Odniosę się jeszcze do tej modlitwy, w dalszej części tego opracowania.

 

O przesłaniu więc - najkrócej:

 

Generalnie, jest ono wezwaniem do życia w wolności i jako takie zawsze będzie groźne dla tych wszystkich, którzy w zniewoleniu człowieka widzą szansę na sprawowanie rządów na świecie. Oczywiście ksiądz Jerzy myślał i mówił o takiej wolności, do której powinno dążyć każde dziecko Boże. Mówił o potrzebie zawierzenia, które jest nieodzownym warunkiem życia bez lęku i nienawiści. Jego ostatnie, publicznie wygłoszone słowa jednoznacznie wskazują na te wartości. W swoich kazaniach odwoływał się On do istoty tak rozumianej wolności i przypominał, że tylko wtedy, kiedy zawierzymy Bogu można być wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia. Wielu powie, że to truizm, ale słowa księdza Jerzego należy traktować jak wiarygodne, męczeńską krwią okupione memento. Rozważając je, a może i kontestując, zawsze trzeba mieć przed oczyma Jego bestialsko umęczone oblicze.

Błogosławiony Jerzy, sam żyjąc jako wolny człowiek, ograniczany jedynie miłością do Boga i bliźniego, i nas zachęcał do wstąpienia na tę właśnie drogę. Pozostawił liczne wskazówki, które pomogą nam ten cel osiągnąć. Jeśli je zagubiliśmy, to odwiedźmy miejsce spoczynku Jego doczesnych szczątków (relikwii). Tam, niejako w depozycie, złożone są też wszystkie te wartości, za które święty oddał życie. Tam właśnie, prosząc z wiarą, mamy szansę zaczerpnąć ze tego skarbca... W obecności Jego żywego serca (w co wierzę) możemy otrzymać dary, które sprawią, że nasze serce i nasze ciało staną się na powrót mieszkaniem godnym Ducha Świętego. Prośmy tylko o to, (o godność dziecka) a cała reszta będzie nam dodana. Ubogaceni łaskami, będziemy odtąd „wolni od lęku, zastraszenia i od żądzy odwetu”. Kiedy już osiągniemy taki stan, uprawnionym będzie twierdzenie, że wolność jest w nas. Żyjąc w warunkach prawdziwej wolności, zachowamy godność dziecka Bożego i wypełnimy zacytowany powyżej testament Męczennika. Będzie nam też łatwiej w świadectwie Jego życia i głoszonym przez Niego Słowie, odnajdywać wskazania, które uchronią nas przed zagubieniem tej jednej - jedynej, prowadzącej do Domu Ojca drogi.

W zasadzie można by poprzestać i na takim krótkim przedstawienia zagadnienia, ale… Obowiązkiem świadka jest wyjawić wszystko co wiadomo mu o czynach, które widział i słowach, które usłyszał, kiedy, jak ja z łaski Boga mógł towarzyszyć świętemu na jakimś etapie Jego drogi. Świadom tej powinności, niejako w uzupełnieniu dotychczasowych świadectw, przedstawiam garść osobistych refleksji rozwijających nieco istotę tego przesłania. Ufam, że z takich jak ten mój, choćby i nieudolnie spisanych dokumentów, teolodzy ułożą kiedyś zwarty i pełny, pochodzący wprost od Boga przekaz. Całe życie, czyny i słowa jakie pozostawił dla potomnych ksiądz Jerzy, są niczym rylcem zapisane kamienne tablice. Wszyscy mamy obowiązek strzec ich i czerpać z zawartych tam wskazań.

Nie jest tak, jak stwierdził w 2014 roku hierarcha warszawskiego Kościoła, że nie trzeba roztrząsać ziemskich losów księdza Jerzego, ani wyszukiwać zdarzeń z Jego życia - bo wszyscy je przecież znamy. Niestety, nie mogę się z tym zgodzić! Te, wygłoszone na mszy rocznicowej w Sanktuarium bł. Księdza Jerzego słowa są zaprzeczeniem papieskiego wezwania, które w całości tu zacytuję: „Nie wolno go traktować tylko o tyle, o ile służył pewnej sprawie w porządku politycznym, choć była to sprawa do głębi etyczna. Trzeba go widzieć i czytać w całej prawdzie jego życia. Trzeba go czytać od strony tego wewnętrznego człowieka, o którego prosi Apostoł w Liście do Efezjan” (Ef 3,14-16).

Uważam, że przesłanie księdza Jerzego jest niewystarczająco rozpoznane, bywa marginalizowane, a w istocie zamilczane. Podobnie rzecz się ma z duchowością tego świętego. Z gruntu Maryjny, z ducha Franciszkański, ksiądz Jerzy, zaczyna być przedstawiany jako dobrotliwy i naiwny młodzieniec, który niczego nie świadom dał się zakatować, niejako na własne życzenie. Przypisuje mu się taką beztroską cechę cytując zasłyszane gdzieś słowa „Jestem gotowy na wszystko”. Tym czasem, znaczy to tyle, co „Totus Tuus” wypowiedziane przez Jana Pawła II. Nie oznacza, jak chce wielu którzy twierdzą, że osobiście słyszeli te słowa od księdza Jerzego, jakiegoś lekceważenia zagrożenia, jakiejś demonstracji pseudo bohaterskiej postawy. Oznacza zawierzenie, czyli całkowite poddanie się woli Boga. To z powodu takich właśnie nieporozumień, dostrzegam pilną potrzebę gromadzenia świadectw ludzi, którzy tak jak ja, mieli dar słuchania i wspierania w posłudze, tego największego ze świadków mojego i nie tylko mojego pokolenia.

 

Wielu świętych Pańskich, zarówno tych z zamierzchłej przeszłości, jak i nam współczesnych, doświadczyło niegodziwego traktowania z różnych stron. Również hierarchowie Kościoła często nie rozumieli tego co czynił święty. Tak było przecież z dobrze nam znanym ojcem Pio i choćby, świętą Matką Teresą. Ta niezwykła kobieta, pomimo deklarowanej woli posłuszeństwa, nie umiała się odnaleźć w loretańskiej regule zakonnej. Mimo, że niemal całe swoje życie spędziła nie odczuwając kontaktu z Bogiem, (chodzi o doświadczenie tzw. „nocy ciemnej”) to jednak potrafiła zrealizować Jego niezwykły plan. Wypełniając misję miłosierdzia, opatrując i przygarniając skazanych na powolną śmierć, porzuconych na ulicach Kalkuty wyznawców hinduizmu, wykazała absurd tamtejszych quasi religijnych przesądów. Zapoczątkowała tym samym, bardzo dziś popularną i skuteczną formę ewangelizacji, w skrajnie nieprzyjaznych chrześcijaństwu środowiskach. Niestety świat chce ją dziś widzieć, jako świętą od dzieł charytatywnych, co oczywiście jest dramatycznym zakłamaniem Jej przesłania. Podobnie usiłuje się manipulować znaczeniem dzieła i ofiary księdza Jerzego. Liczne publikacje, w tym i te filmowe, przedstawiają Go niemalże jak przywódcę robotników, tym czasem, my którzy znaliśmy księdza dobrze wiemy, że choć był blisko zwykłych ludzi, to równie gorliwie wspomagał każdego kto był w potrzebie. Nie wolno nam dopuścić, żeby powiodły się zakusy zepchnięcia Jego posługi w obszary tzw. „teologii wyzwolenia”.

Wszyscy słyszeliśmy o niezwykłych perypetiach św. o. Pio, wiemy jak był traktowany przez swoich przełożonych. Ojciec Pio, Matka Teresa oraz wielu im podobnych, są znakomitym przykładem tego, że nie wolno świętych dopasowywać do istniejących kanonów - te nie są bowiem ustalone raz na zawsze. Świadkowie księdza Jerzego bardzo dobrze wiedzą, jak był On traktowany przez niektórych swoich zwierzchników. Wielu z nas bez wahania jednak zaświadczy, że mimo to, ani na chwilę nie zachwiał się w posłuszeństwie i umiłowaniu Kościoła. Historia nieustannie pokazuje, że nie wolno zamilczać żadnych, również tych niewygodnych dla różnych ważnych osobistości faktów. To dzięki ujawnieniu, a raczej niemożności utajnienia nieprzystających do reguł szczegółów związanych z posługą świętych, wielu z nich mogło zaistnieć w pełnym blasku ich Bożego posłannictwa.

 

Zacytuję jeszcze inne ważne, pochodzące z Orędzia na Międzynarodowy Dzień Pokoju, nauczanie świętego Jana Pawła II: „Przez nieprawdę należy rozumieć każdą formę i to na jakimkolwiek poziomie, wyrażającą brak, odrzucenie czy wzgardę prawdy, a więc kłamstwo we właściwym tego słowa znaczeniu, informacje niepełne lub zniekształcone, propagandę stronniczą, manipulowanie środkami przekazu i tym podobne.” (10. 01. 1980 r.)

Odnosząc się również i do tej wykładni, po raz kolejny, jak zawsze przy takich okazjach, apeluję do wszystkich którzy mieli łaskę spotkania i słuchania błogosławionego ks. Jerzego, żeby w miarę swoich możliwości nie wahali się o nim świadczyć. Jak wspomniałem, nie muszą to być wycyzelowane arcydzieła sztuki pisarskiej. Każdy świadek ma pełne prawo do przedstawienia własnej interpretacji znanych mu, związanych z osobą męczennika zdarzeń oraz przedstawienia okoliczności takich jakimi je zastał, i tak jak potrafi to uczynić. Obowiązkiem świadka jest opowiedzieć, bądź opisać i podać do wiadomości każdy znany mu szczegół z życia świętego. Tylko wówczas, po zebraniu wszystkich takich świadectw ujawni się cała prawda o tym jakimi drogami Bóg prowadzi do chwały ołtarzy swoich posłańców. Ma to ogromne znaczenie! U Boga nie ma przypadków i dlatego żadna okoliczność dotycząca życia świętego nie może być zatajana, bo wydaje się nie pasować do oficjalnego kanonu sacrum.

 

Nie jest moim zadaniem totalne krytykowanie, opracowanej i podanej do publicznej wiadomości biografii ks. Jerzego. Jednak, jak już wcześniej wielokrotnie pisałem, jest ona niestety w wielu aspektach niepokojąco zniekształcona - można powiedzieć ocenzurowana. Nie mogę więc nie odnieść się do kilku istotnych faktów z życia tego męczennika, zwłaszcza tych, które mają bezpośredni związek z genezą Jego przesłania. Jest to ważne, uważam bowiem, że jak najszersza wiedza nawet o banalnych z pozoru szczegółach, może przyczynić się do wiernego sformułowania komunikatu, jaki poprzez tego posłańca kieruje do nas Bóg. Pozwolę sobie zatem, dla pełniejszego poznania na rozwinięcie niektórych, pozornie dość dobrze znanych wątków biograficznych bł. Jerzego.

 

Wydawać się może, że wszystko co istotne w życiu księdza, (podobnie jak to było w przypadku Jezusa) wydarzyło się w trzech ostatnich latach Jego życia. Jest to uprawnione skojarzenie, jednak jest to tylko część biograficznych podobieństw. Twierdzę, że to co ma wpływ na taki, a nie inny kształt Jego przesłania, miało swoje początki już w kołysce, a nawet wcześniej. Ks. Jerzy urodzony w skromnej, utrzymującej się z niewielkiego gospodarstwa rolnego rodzinie, od dziecka był wychowywany na człowieka kochającego Boga i ludzi. Z opowiadań Jego Mamy wiemy, że ofiarowała ona Bogu swoje, nienarodzone jeszcze i nieznane z płci dziecko. Złożyła taką deklarację, prosząc jedynie aby narodziło się zdrowe. Ten ważny szczegół, który może budzić skojarzenia z biblijnym ofiarowaniem, należy traktować jak wzór do naśladowania i dziś. Zwykło się mówić: mam dziecko, mam kilkoro dzieci, a przecież one od samego początku są dziećmi Boga. Rodzice, ponosząc odpowiedzialność za ich dobrostan, mogą je na jakimś etapie formować i stymulować ich wybory, jednak to Bóg i osobista, ukształtowana w rodzinnej wspólnocie postawa dziecka, będzie miała zasadniczy wpływ na jego dalsze życie. Chyba warto w tym miejscu wspomnieć o, jakże często popełnianym dziś błędzie, urządzania przyszłości dzieciom według wizji rodziców. Ofiarowanie księdza Jerzego Bogu, powinno być zatem dla wielu współczesnych matek i ojców przykładem, jak należy postępować z Bożym darem - jakim są dzieci. Być może to taka właśnie postawa Mamy księdza, jej roztropna troska o dziecko, zanim jeszcze przyszło ono na świat, zaowocowała później jednym z najważniejszych dokonań księdza Jerzego. Przez całą kapłańską posługę, niestrudzenie propagował On potrzebę ochrony życia od poczęcia. W żoliborskiej parafii zainicjował lokalny ośrodek Ruchu Obrony Życia, któremu po dzień dzisiejszy patronuje. Wypada zauważyć, że wszystkie, tak licznie dziś reprezentowane organizacje i federacje ruchów obrony życia, powinny ubiegać się o Jego patronat.

 

Życie młodego Alfonsa Popiełuszki, (takie było jego prawdziwe imię) nigdy nie było sielankowe. Niczym mały Jezus zaprawiał się w trudnym rzemiośle, pomagając rodzinie w utrzymaniu gospodarstwa. Zapewne, podobnie jak to czynił mały Jezus, też podziwiał swojego ojca, ucząc się od niego tajników związanych z uprawą ziemi i hodowlą zwierząt. Jakże to ważny szczegół zwracający uwagę, na marginalizowaną dziś rolę ojca. Ksiądz Jerzy przez całe swoje życie zachowywał i demonstrował niezwykły szacunek wobec wszystkich, których w jakiś sposób uważał za swoich duchowych ojców. Pomimo, że był „posoborowym” już księdzem, każdego wizytującego Go biskupa podejmował całując pierścień i przyklękając, a ostatniego w swoim życiu proboszcza ks. Boguckiego całował w rękę na przywitanie. Znane są Jego, w synowskim tonie utrzymane listy pisane do swoich kierowników duchowych i opiekunów. Dziś w czasach szalejącego „genderyzmu”, kiedy programowo bagatelizowane jest ojcostwo, warto chyba przypominać o takiej dosyć niezwykłej postawie.

Nie bez znaczenia jest wpływ otoczenia, w którym młody Popiełuszko dokonywał swoich wyborów. Bardzo ważną okazuje się rola świadomych swoich zadań Jego nauczycieli, którzy w warunkach bezwzględnej ateizacji potrafili zaszczepić swoim wychowankom właściwą religijną i patriotyczną postawę. Kilku absolwentów Liceum w Suchowoli zostało księżmi, a wielu innych po dziś dzień przynosi chlubę swojemu regionowi. Myślę, że ksiądz Jerzy był tak pięknie uformowany, również dzięki wysiłkom swoich wychowawców. Czyż nie powinien powinien patronować wszystkim polskim nauczycielom? Ci zrzeszeni w związkach katolickich, z całą pewnością powinni o to zabiegać.

 

Podlasie z racji położenia geograficznego, doświadczone było specyficznym zjawiskiem ścierania się różnych kultur i wyznań. Tam, niczym w tyglu, dokonywało się swoiste wymieszanie różnorodnych wpływów, a jednak region i rodzina Popiełuszków potrafiła zachować polskość oraz katolicką wiarę. Może właśnie to dlatego od nich i od księdza Jerzego możemy uczyć się, jak dziś przetrwać w warunkach silnej, płynącej z tak zwanego „zachodu” ateizacji i indoktrynacji kulturowej. Może to zdziwi wielu, ale Okopy, rodzinna wieś księdza Jerzego i ośrodek ewangelizacyjny jakim jest kościół w Suchowoli, leżą w geograficznym centrum Europy! Fakt, że Pan Bóg z takiego miejsca posyła do nas, dziś żyjących, tak wiernego ucznia Jezusa Chrystusa może znaczyć, że ma nam coś bardzo ważnego do powiedzenia. Europa, ta którą znamy, jest pod wieloma względami tworem kontrowersyjnym. Grecy twierdzą, że ten specyficzny subkontynent wziął swoją nazwę od ich bożka (bogini) i bożkowi jest zaprzedany. Z kolei etymologia semicka1 przypisuje mu określenie „ciemny” co ma znaczyć „nieoświecony”. Być może to z powodu tych przymiotów, z samego serca naszego subkontynentu, wybrzmiewa dziś jakiś niezwykle ważny dla naszej cywilizacji komunikat...? Trzeba tu wspomnieć o spektakularnym cudzie uzdrowienia, który dokonał się za przyczyną bł. ks. Jerzego właśnie we Francji, która dziś jest niestety centralnym ośrodkiem szerzenia ateistycznych ideologii. To tak jakby Niebo pokazywało, że niegdysiejsza pierwsza córa Kościoła, powinna powrócić na właściwą dla niej pozycję. Może warto więc dokonać głębszej retrospekcji wszystkiego, co dotyczy prawdziwego centrum Europy i związanego z nim posłańca. Pochodzenie księdza, Jego związki z kulturą wschodu, zwłaszcza z prawosławiem, mogą być też przyczynkiem do głębszej refleksji ekumenizmu. Jestem przekonany, że ksiądz Jerzy i w tej dziedzinie pozostawił nam sporo cennych podpowiedzi . Analizując jego dzieje, odnajdziemy zapewne o wiele więcej istotnych dla współczesnych pokoleń wskazówek, niż te o których tu wspominam.

Jak wiemy, od czasu Jezusa Chrystusa, nie pojawił się już żaden prorok. Ewangelia i Stary Testament bardzo szczegółowo przekazują nam Bożą naukę. Nie należy więc przypisywać księdzu Jerzemu jakiegoś, przez Niego wydumanego nauczania. Istoty przesłania tego świętego powinniśmy raczej szukać, kontemplując głoszone przez Niego Słowo Boże, w zestawieniu Jego osobistych losów oraz uwarunkowań czasu i miejsc w których przyszło Mu działać. Dzieciństwo, młodość i dorosłe życie błogosławionego Jerzego jest z pewnością cennym zbiorem przydatnych dziś informacji. Ten niezwykły święty, przykładem swoich wyborów, powinien wzbudzać w nas potrzebę rozeznawania wartości, które i nam pomogą odnaleźć drogi Pańskie. 

Rozważając wszystko to, co z księdzem Jerzym jest związane, wspomnijmy wygłoszone w 1991 roku we Włocławku słowa JP II: „Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci. Tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas i u nas w ostatnich dziesięcioleciach. Tak! Tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia, tak jak Chrystus. Tak jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie.”

Warto zauważyć, że podkreślając prawo ks. Jerzego do obywatelstwa w świecie i porównując księdza do Chrystusa, papież dokonał de facto Jego kanonizacji. Są to słowa Papieża, najwyższego hierarchy Kościoła - jest to niejako oświadczenie woli! Wypada nam tylko czekać na realizację wytycznych namiestnika Chrystusa. Trudno sobie wyobrazić, żeby następcy JP II nie dopełnili procedur. Kiedy to się stanie, do nas, wyznawców Boga w Trójcy Jedynego, będzie należało poznanie i zaniesienie przesłania św. Jerzego Popiełuszko aż po krańce Europy i dalej. Nazwanie księdza patronem naszej obecności w Europie, powinno wszystkim nam uświadomić związany z tym faktem ogrom stojących przed nami zadań.

Antonio Gaspari prezes włoskiej firmy wydawniczej, goszcząc w Polsce powiedział, że krew męczeńska księdza Popiełuszki jest najważniejszą ofiarą złożoną w imię odkupienia win Europy - dodam, jest szansą na jej ocalenie! Wytknął on Polakom, że nie do końca uświadamiamy sobie znaczenie tego męczeństwa. Słowa Gaspariego należy oczywiście odczytywać w świetle toczącej się obecnie wojny cywilizacji, tej od dwóch tysięcy lat głoszącej Chrystusa, zwanej łacińską i tej, która jest jej zaprzeczeniem - cywilizacją śmierci.

Znaczenie męczeńskiej ofiary księdza Jerzego, dla każdego kto zechce żyć jak wolny człowiek, jest bezcenne z wielu powodów. Zachowanie wolności i godności dziecka Bożego, jest bowiem jednym z najważniejszych warunków zbawienia. Błogosławiony Jerzy pozostawił nam liczne wskazówki, jak możemy ten cel osiągnąć. Opracowanie i omówienie tych zaleceń jest zadaniem dla naukowców, a ich studiowanie powinno odbywać się w ramach kursów akademickich - tak wielka jest to spuścizna. Mnie wypada, korzystając z przywileju tego, który był, widział i słuchał - poszerzając nieco dotychczasowe ustalenia katolickich uczonych, wskazać na nie eksploatowane jeszcze, zagadnienia warte takich studiów.

Wiele istotnych szczegółów znajdziemy oczywiście w słowie pisanym, które pozostawił po sobie męczennik oraz w analizie licznych dzieł które zainicjował. Tak się złożyło, że to właśnie mnie ksiądz Jerzy powierzył na przechowanie niemal całe swoje archiwum. Poznałem je i w odpowiednim czasie przekazałem do dyspozycji Postulacji Procesu Kanonizacyjnego. Wiem, że znajduje się tam wiele własnoręcznie napisanych, niezwykle wartościowych tekstów. Uważam, że warto skorzystać głębiej z tego zbioru. Niezależnie od tego zachowało się bardzo dużo nagrań kazań i homilii, które jak sądzę są, lub będą w przyszłości przedmiotem szczegółowych teologicznych opracowań. Po wielekroć odnosiłem się w swoich świadectwach do niektórych, bardzo istotnych zagadnień zawartych w tych zasobach. Zabierałem głos kiedy stwierdzałem, że celowo manipuluje się kojarzonymi z księdzem pojęciami, takimi choćby jak to o zwalczaniu zła dobrem. Pisałem wówczas o tym, jak w świetle moich licznych rozmów z księdzem Jerzym należy rozumieć te pojęcia - jak ja je rozumiem. W czasie kiedy piszę te słowa, wspomniane teksty można przeczytać na stronie www.misjonarzeksjerzego.pl W przyszłości, być może wszystkie moje, poświęcone księdzu Jerzemu opracowania i świadectwa będą też dostępne w sieci pod moim nazwiskiem.

 

Jeszcze o Litanii do błogosławionego księdza Jerzego.

 

Tekst tej modlitwy znajdziemy w wielu miejscach, w tym i na przywołanej tu stronie internetowej. Jak już wspomniałem powyżej, litania jest bardzo dobrym źródłem informacji niezbędnych dla poprawnego rozumienia istoty przesłania księdza Jerzego. Niestety zabrakło w niej kilku ważnych odniesień. Chcę więc zwrócić uwagę na kilka z nich:

Taką doniosłą kwestią jest brak odniesienia do roli artystów, którzy uświetniali swoimi talentami każdą Mszę za Ojczyznę. Ksiądz Jerzy przywiązywał ogromną wagę do starannej oprawy artystycznej, tych niezwykłych Eucharystii. Poza przygotowywanymi w mozole kazaniami, właśnie ten szczegół najbardziej Go pochłaniał. Wprawdzie zlecił „swojej” akademickiej młodzieży, wyszukiwanie odpowiednich do okoliczności utworów literackich i muzycznych, ale i tak osobiście wszystko koordynował i o wszystkim sam decydował. Zdumieni tym zjawiskiem czasem pytaliśmy dlaczego to jest takie ważne i zapamiętałem jak tłumaczył, że to właśnie kultura jest tym, co zdecyduje o przyszłości katolickiej Polski i Europy jako takiej. Przyznam, zupełnie tego wtedy nie rozumiałem i śmiem twierdzić, że nie byłem w tym odosobniony. Dopiero dziś po upływie kilku dziesięcioleci wyraźnie widać, że to właśnie na gruncie kultury toczy się zasadnicza walka z siłami zła. Współczesny komunizm może sobie pozwolić na zaniedbania np. w dziedzinie gospodarki, ale nie zbagatelizuje najdrobniejszego szczegółu, który dotyczy kontroli nad świadomością społeczną. Ta jest obecnie kreowana niemal wyłącznie przez precyzyjnie zaprogramowany tzw. „przemysł rozrywkowy” i media ogólnego zasięgu. Dziś wiemy już, że jeśli cywilizacja łacińska ma przetrwać, to wszystkie siły świadomych tego problemu ludzi muszą być skupione wokół kultury. Ksiądz wpłynął na życie, na losy wielu wybitnych warszawskich artystów i ci bez wątpienia mogą bł. Jerzego uważać za swojego patrona. Odniesienie do księdza jako ”promującego katolicką kulturę” jak najbardziej zasługuje na umieszczenie w litanii.

Powinien się w niej znaleźć też wątek poświęcony lekarzom i pielęgniarkom. Chyba to trochę niesprawiedliwe, że w modlitwie do księdza Jerzego zapomniano, że to Jemu właśnie powierzono zorganizowanie zaplecza medycznego na spotkanie z Papieżem w Warszawie, w czerwcu 1983 roku. Ksiądz Jerzy był wówczas formalnie nominowanym duszpasterzem służby zdrowia, był bardzo dobrze przygotowany do takiego zadania. Posługując w kościele pw. św. Anny potrafił skupić wokół siebie bardzo liczne środowisko akademickie, a także pielęgniarki i lekarzy. Wielu spośród ówczesnych studentów, stanowi dziś chlubny wzorzec lekarza. To dla nich ksiądz odprawiał msze w akademickiej kaplicy Res Sacra Miser i oni również powinni mieć prawo do patronatu bł. Jerzego. Werset poświęcony „niestrudzonemu wychowawcy młodzieży akademickiej” oraz „Duszpasterzowi Służby Zdrowia” bez wątpienia też powinien być w tej modlitwie uwzględniony.

Warto jeszcze choćby najkrócej wspomnieć o wojsku. Przestępcze praktyki zmuszania kleryków do służby w tej zgoła ateistycznej organizacji jaką wówczas było wojsko, powinny po wsze czasy być przestrogą dla każdego ustroju politycznego który zechce wykorzystać armię do celów nie służących obronie narodu. Bohaterska postawa księdza w trakcie odbywania przymusowej służby, powinna stanowić wzorzec dla każdej wojskowej formacji, jeśli ta ma być oparta na cywilizowanych wartościach. Żyje dziś liczny zastęp kolegów kursowych księdza, którzy podobnie jak On byli bezprawnie wcielani do wojska. Mają oni obowiązek propagowania Jego kultu i też powinni domagać się oficjalnego patronatu bł. Jerzego w jednostkach Wojska Polskiego, ale i w ważniejszych urzędach związanym z wojskiem. Należy się im miejsce we wspomnianej litanii, byśmy i my mogli modlić się z nimi, za wstawiennictwem ich patrona.

 

Abstrahując od litanii dodam, że jest jeszcze wiele innych aspektów istotnych dla zrozumienia przesłania, o których trzeba by tu wspomnieć. Choćby o solidarności - tej rozumianej jako solidarność „serc i umysłów”, która jest godnym realizacji wezwaniem do budowania na ewangelicznych wartościach. O integracyjnej działalność księdza, albowiem gdziekolwiek był posłany, swoją posługę zaczynał od poznania potrzeb ludzi, których następnie kontaktował ze sobą ucząc ich samopomocy. O tym, że demonstracyjnie okazywał szacunek dla hierarchów Kościoła już tu pisałem. Warto jednak przypomnieć, że potrafił też, zachowując synowską pokorę wytknąć im niegodne zachowanie. W Jego zapiskach znajdziemy taki fragment, kiedy ksiądz ubolewa, że jeden z biskupów zaczął w Jego imieniu układać się z wysłannikami komunistycznej władzy. Napisał wówczas, cyt: „widocznie biskup zapomniał, że nie wolno paktować ze złem”. To memento ma po dziś dzień, a może zwłaszcza dziś, niezwykłą wymowę.

Powszechnie uważa się, że był słabego zdrowia, ale tak naprawdę ksiądz Jerzy spalał się ofiarując swoje zdrowie i jak się okazało życie, dla ratowania dusz tych, którzy ulegli złu. Był emanacją słów, bierzcie i czerpcie ze mnie wszyscy, którzy jesteście w potrzebie. Uczył nas, jak trzeba kochać Boga i zaraz po Nim człowieka oraz całe Boże stworzenie - jak im służyć bez względu na własną ofiarę.

W Podsumowaniu - historia życia księdza Jerzego, to kim był i skąd pochodził, o czym mówił, co robił, a nade wszystko kto i dlaczego Go zabił, jest niezwykle istotne dla poprawnego sformułowania i zrozumienia Jego przesłania.

Kto Go zabił?… Jednego możemy być pewni - ci którzy to zrobili, nie chcieli abyśmy żyli w warunkach prawdziwej wolności. Kim byli? Zapewne ludźmi, których szatan wykorzystał do kolejnego haniebnego zamachu na godność dziecka Bożego. Ci którymi się posłużył, chcą tu na ziemi budować nowy, w ich mniemaniu lepszy od Boskiego świat… Lepszy, bo kontrolowany i trzymany w ryzach lęku. Ta obłąkańcza idea wywodzi się jeszcze z czasów, kiedy to po ukrzyżowaniu Chrystusa rozdarła się zasłona Przybytku. Do dziś ten fakt pozostaje symbolem podziału pomiędzy dziećmi Bożymi. Ten sam szatan, który podjudził lud zgromadzony wtedy na dziedzińcu Piłata, by wybrał Barabasza, teraz przekonuje spadkobierców tej decyzji, żeby nie wahali się zabijać tych, którzy idąc śladami Jezusa nawołują do przyjęcia wartości, o których mówił i za które złożył On najwyższą ofiarę. Okrutny, bestialski wręcz mord na słabym, bezbronnym wówczas księdzu, ma nas skutecznie odstraszyć i zniechęcić do uznania tych wartości za swoje. Określenie bestialski, jest wskazaniem na kojarzony z bestią, rytualny - krwawy mord. Tak krwawy, żeby już sam widok tak umęczonego, był dla nas obezwładniający. Dziś dzięki badaniom całunu turyńskiego, wiemy jak bardzo zmaltretowane było święte oblicze naszego Pana. Bestii właśnie o to chodzi, żebyśmy mieli za każdym razem jednoznaczne skojarzenia z tamtą potworną męką.

Zbrodniarzom wykonującym mord rytualny nie wystarczy samo zabicie człowieka - trzeba go jeszcze zmasakrować i jak w przypadku księdza Jerzego wyrwać język. Ma to być konkretna przestroga, że nie wolno nikomu głosić tego, co w pojęciu złoczyńców jest karygodne. Ksiądz Jerzy, niemal niczego nie mówił od siebie. Przypominał i głosił Słowo Boże i to właśnie, według nich, było Jego największą zbrodnią. No, może jedną z największych, bo były jeszcze i czyny, jak krzewienie solidarności serc i umysłów oraz zdolność przyciągania ogromnych rzesz ludzi do Kościoła. Ksiądz Jerzy został zamordowany właśnie dlatego, że potrafił niezwykle skutecznie wskazywać błądzącym drogę prowadzącą do życia w prawdziwej wolności. Dla szatana jest to wizja, której on nigdy nie zaakceptuje. Dla realizacji jego planu - niepodzielnego panowania nad światem, ktoś, kto potrafi być tak skuteczny, kto głosi Miłość - stanowi i zawsze będzie stanowił śmiertelne zagrożenie.

Jak widać szatan i dziś, podobnie jak w czasach Chrystusa z łatwością potrafi przekonać swoich wyznawców, członków „zgromadzenia złoczyńców” by ci nie wahali się poświęcić życia jednego człowieka dla podtrzymania swojego „dobrostanu” - dla ocalenia jego dzieła. Szatan jednak był i pozostanie głupcem. Ma on nadzieję, że ci do których poprzez swoich posłańców przemawia Jezus, nie zrozumieją tej mowy, że będzie ona dla nich za trudna. Ale my zrozumieliśmy o czym ksiądz Jerzy nam mówił i tylko od nas samych zależy, czy szatańskie nadzieje się ziszczą.

Zrozumieliśmy, a jeśli ktoś jeszcze nie do końca jest tego pewny, to powinien poszukać sadzawki Siloe, by wodą z niej zaczerpniętą przemyć swoje oczy. Gdzie jest ta sadzawka? Podpowiedzi trzeba poszukać w Biblii… lub na Żoliborzu, Siloe po Hebrajsku znaczy posłany. Zapewniam, kiedy już przejrzymy, życie, dzieło i losy posłańca, o którym tu piszę, staną się zrozumiałe i będą niewyczerpalną skarbnicą mądrości… Przesłanie księdza Jerzego, choć zawiera wiele z pozoru popularnych pojęć, zawsze musi być odczytywane w perspektywie ofiary jaką ten męczennik złożył w obronie wartości, z którymi tak wielu z nas się utożsamia. Musimy zatem patrzeć na nie w perspektywie krzyża!

Znaczenie ofiary życia księdza Jerzego jest doniosłe i jak nam przypomniał Gaspari, ważne dla całej Europy, a nawet świata! Nie rozumiemy tego jeszcze, ale można mieć pewność, że to tylko kwestia czasu. Światowe lewactwo działa już z coraz mniejszą dyskrecją, ich zamierzenia staną się wkrótce oczywiste i wtedy właśnie słowa Gaspariego dotrą do naszej świadomości. Prawda o tym zabójstwie, kiedy już ujrzy ona światło dzienne będzie dla nas właśnie tym, co otworzy nam oczy - będzie to taki ozdrowieńczy zdrój Siloe. Kiedy już ją poznamy i zrozumiemy jej wymowę, zapragniemy powalczyć o to żeby inni nie trwali w mroku. Wówczas ten Męczennik, będzie tej naszej walce patronował. Nauczy nas jak mamy zwalczać zło dobrem i jak można kamienie zamieniać w modlitwę. W jednym ze swoich kazań mówił, kto nie umie walczyć na argumenty, usiłuje walczyć przemocą. My natomiast, jeśli tylko zechcemy słuchać tych, którzy byli, którzy słyszeli i widzieli, będziemy uzbrojeni we właściwe argumenty i zło nas nie przemoże.

Bój o wyjaśnienie zbrodni na księdzu Jerzym, jest dla jego sprawców i zleceniodawców, bojem o wszystko i jeszcze długo nie doczekamy się wyjaśnienia tej sprawy. Świadkowie tacy jak ja, będą konsekwentnie marginalizowani i uciszani. Będzie trwało bezpardonowe rzucanie oskarżeń na coraz to inne, nieznaczące osoby, byle tylko zamącić obraz wydarzeń. Jestem jednak spokojny, wierzę, że Niebo we właściwym czasie upomni się o prawdę - wytrwajmy… Zacytuję jeszcze, ze strony Sanktuarium ks. Jerzego: „Prawda o systemie politycznym i społecznym, w którym programowo zostało wyeliminowane odniesienie do prawa Bożego, jest kolejnym przypomnieniem dramatycznej lekcji, jakiej dostarcza historia ludzkości, że świat oderwany od Boga zwraca się nieubłaganie przeciwko samemu sobie, mimo znaczących poczynań na polu legislacyjnym. Męczeństwo ks. Jerzego jest głośnym wołaniem miłości, potwierdzonym ceną przelania krwi, by pomóc wyrwać się z takiego zagubienia”

Zbrodnia na Ks. Jerzym była nie tylko zbrodnią założycielską III RP, ma ona bezspornie ścisły związek z realizacją światowego - antykościelnego spisku. Świadomie zaplanowana i z bestialską konsekwencją zrealizowana, jest kolejnym etapem tej obłąkańczej idei. Jednak wbrew szatańskiej logice, ofiara księdza Jerzego stała się podwaliną na której wyrasta dobro, tak jak z Krzyża zmartwychwstanie. Jest ona też jego kwintesencją - zarzewiem prawdziwej wolności. Wolności dzieci Bożych, które potrafią ją zachować, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia. Przesłanie płynące z tej ofiary, jeśli je przyjmiemy i dobrze zrozumiemy, odmieni nas samych, a kiedyś odmieni też świat!

„Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam”. (Izajasz 50,5-9a)

Adam Nowosad

Piszcie: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Czytajcie www.misjonarzeksjerzego.pl

 

grudzień, 2008 r.

Adam Nowosad

 

    JEDNA (?) Z WIELU ŁASK.

    Cytuję poniżej opis łaski, którą za wstawiennictwem Sługi Bożego księdza Jerzego, została obdarowana Jego „przybrana córka” Monika Prusakow. Jest to przykład jednej z wielu łask, jakie wyjednał dla potrzebujących ksiądz Jerzy. Dla mnie osobiście jest to niezwykle poruszające świadectwo. Ma też ono, być może pośredni, ale istotny związek z moimi doświadczeniami dotyczącymi księdza Jerzego.

Świadectwo Leszka Prusakowa, zamieszczone w rocznicowym wydaniu biuletynu z IPN z października 2004 r.

    „Adoptowana córka księdza Jerzego”

    „Dawał nam ślub (ks. Jerzy) we wrześniu 1982 r. Rok później, w listopadzie urodziła się nam córka Monika. Jej chrzest odbywał się 25 grudnia 1983 r. w dolnej małej kaplicy. Nasza rodzina – jak wiele w tamtym czasie – była podzielona, część była wierząca, część nie, część popierała „Solidarność”, a część partię.

Jerzy kazał nam złapać się za ręce i odmówić wspólnie modlitwę Ojcze Nasz. Dzisiaj jest to normalne, ale wtedy… stał razem z nami.

Na mnie to zrobiło piorunujące wrażenie. Jeden z wujów, który był niewierzący, wspominał, że ta modlitwa przyprawiła go o dreszcze. To wytworzyło niepowtarzalną atmosferę.

Mając naszą córeczkę na rękach, Jurek powiedział: „to będzie moja adoptowana córka”

Pamiętam, że pogrzeb Jerzego odbył się 3 listopada 1984 roku, w jej pierwsze urodziny.

    Gdy miała 5 lat, zdarzył się wypadek. Była pod opieka babci, która zadzwoniła do nas ( informując nas), że córka jest w szpitalu bielańskim (dziś im księdza Jerzego). Jestem z wykształcenia technikiem rentgenowskim, bo gdy nie miałem już powrotu na studia (pan Prusakow, został relegowany z uczelni za udział w strajku), poszedłem do szkoły pomaturalnej. Pracowałem w tym szpitalu. W laboratorium chirurgii dziecięcej lekarka mówi mi, że wszystko z dzieckiem jest w porządku, ranka głęboka, ale czysta i zaszyta.

    Monika powiedziała lekarzom, że przeszła przez płot i wpadła na druty, a że była dzieckiem wyjątkowo sprawnym fizycznie, uwierzyłem jej. Po roku dziecko zaczęło utykać, moczyć się, ale nie wiązaliśmy tych zdarzeń z wcześniejszym wypadkiem.

    Kiedy miała 6 lat, trafiła do najlepszych specjalistów, były rozpoznania, że ma guza mózgu. My przed każdą diagnozą lekarską lecieliśmy do kościoła św. Stanisława Kostki na mszę w intencji Moniki.

Z czasem okazało się, że ona przeszła przez płot do sąsiada. Idąc za kotem, weszła na szklarnię, która pod nią się zarwała. Spadła 2 metry w dół. Jak stamtąd wyszła, nikt nie wie do dziś.

Zapamiętała rękę, która ją stamtąd wyciągnęła. Sama wróciła przez płot. Szkło wbiło jej się jednak w rdzeń kręgowy. Nikt tego wtedy nie zauważył.

    Odbyła się operacja, która przeprowadzał prof. Donat Tylman w szpitalu na ul Szaserów. Jej przebieg był filmowany, bo było chyba pierwsze zdarzenie wyciągania obcego ciała, które utkwiło w rdzeniu kręgowym. Operacja udała się i szkło usunięto. Monika miała wtedy 6 lat i początkowo w ogóle niedowładne nogi.  

    Po operacji pytamy się jej: Monisiu, co pamiętasz z tej operacji?” a ona nam odpowiedziała: „ Wszystko pamiętam, jak jechałam na wózku, potem byłam na sali z zielonymi kafelkami, wszyscy byli ubrani na zielono, mieli maski, tylko ksiądz Jerzy nie miał”. Ona go przecież nawet nie znała, chociaż w naszym domu dużo się o Nim mówiło. Pytam ją:, „Co ty dziecko mówisz?”, a ona dodaje: „tylko ksiądz Jerzy był bez maski i był w czarnej sukience”.

Ja myślałem, że ona bredzi, więc pytam: „No i co ksiądz Jerzy robił?”. Ona odpowiada: „ Siedział na taborecie i trzymał mnie za rękę”.

Mówiła to tak naturalnie, że pielęgniarki bały się tego słuchać i wychodziły z Sali!.

    Gdy poszliśmy do profesora Tylmana z podziękowaniem za udaną operację, on użył stwierdzenia, że operacja poszła, jakby ktoś mu rękę prowadził. Drugi lekarz dr. Rudnicki, to potwierdzał.

Teraz mam pewność, że Jerzy zachował to ojcostwo nad Moniką, tak jak obiecał.

Ona miała w ogóle nie chodzić, albo chodzić o kulach. Teraz tylko lekko utyka na jedną nogę.

Oddaliśmy to szkło do kościoła św. Stanisława Kostki. Historię Moniki traktując, jako osobiste wstawiennictwo ks. Jerzego, włączyliśmy z żona do materiałów przygotowujących Jego beatyfikację”.

 

    Jest to świadectwo, jak wspomniałem, jednej z wielu łask. W Postulacji Procesu Beatyfikacyjnego odnotowano, jak do tej pory ponad 350 różnych świadectw. Jestem pewny, że o wiele więcej ich pozostaje nadal tajemnicą obdarowanych. Trudno powiedzieć dlaczego tak się dzieje? Ja sam tłumaczę to stanem swoiście pojętej wstrzemięźliwości, taką blokadą emocjonalną przed podzieleniem się swoimi osobistymi - często przecież niezwykłymi  doświadczeniami.

    Ale nie jest to jedyne wyjaśnienie, zapewne każdy z obdarowanych ma w tej sprawie własne odczucia. Kilka znanych mi osób wyraziło obawy związane z publikacją, takich szczególnych relacji z nieżyjącym już przecież księdzem Jerzym. Często słyszę też, że ksiądz  jest jednym z wielu, do których zwracali się z prośbą o wsparcie. Niekiedy spotykam się z obawami, że to przecież niemożliwe, że chyba to przypadek i tym podobne. Oczywiście, nie ma to większego znaczenia dla Sługi Bożego. Wiem z całą pewnością, że i bez takich formalnie udokumentowanych świadectw, nie zważając też na procedury beatyfikacyjne, ksiądz Jerzy - kiedy tylko zostanie wezwany, pospieszy z pomocą wszędzie tam gdzie będzie potrzebny.

    Postanowiłem przywołać tu świadectwo pana Prusakowa, ponieważ, tak jak wspomniałem na wstępie, mam do tego wyznania osobisty i bardzo emocjonalny stosunek. Kiedy tylko zapoznałem się z tymi wspomnieniami - zrozumiałem, że z Moniką łączy mnie coś szczególnego, coś - a raczej ktoś. Przy publikacji różnych tekstów dotyczących moich relacji z księdzem Jerzym, wspominam czasem że i ja często doświadczałem niezwykłego  oddziaływania tego Męczennika. Przez niemal trzy lata, kiedy miałem łaskę służenia wsparciem w Jego posłudze, sam często bywałem w potrzebie. Pamiętam, że zawsze otrzymywałem pomoc. Działo się tak zarówno za życia księdza, jak i po Jego śmierci. Jak wielu innych, ja również z powodów których jeszcze wyjawić nie mogę - a może nie potrafię, nie opisywałem nigdzie tych doświadczeń. Teraz jednak uznałem za swój obowiązek żeby podzielić się choćby tymi, które mają związek z doświadczeniem małej Moniczki. W jakimś sensie bowiem, wzajemnie się one uzupełniają.

    Zdarzenie, o którym chcę tu wspomnieć, miało miejsce w styczniu 2003 roku, kiedy to pół roku po ciężkiej, ratującej mnie przed wózkiem inwalidzkim operacji kręgosłupa, doznałem zawału serca. Był on następstwem tej ciężkiej, wielogodzinnej operacji, która z powodu komplikacji zakończyła się implantacją metalowego rusztowania stabilizującego. Przebieg operacji, trudności z wybudzeniem oraz zagrożenie życia w następstwie potencjalnego zainfekowania bakterią płynu ustrojowego w rdzeniu kręgowym, są jednak opowieścią na inną okazję.

    Dziś chcę przywołać właśnie tamten styczniowy dzień, kiedy w wyniku szczęśliwej dla mnie decyzji dyżurnej lekarz ze szpitala przy ulicy Czerniakowskiej, znalazłem się w „niesławnym” szpitalu MSW, przy ulicy Wołoskiej. Czekał tam na mnie zespół znakomitych operatorów, których zadaniem było przerwanie trwającej dewastacji mięśnia sercowego i zapobieżenie grożącemu kolejnemu zawałowi. Przygotowania przebiegły sprawnie, i wkrótce znalazłem się na stole operacyjnym. Wszystko podobno szło jak z płatka, ale ja słabłem z minuty na minutę i balansując na krawędzi utraty przytomności z wolna nabierałem przekonania, że chyba umieram. Kiedy już wydawało się, że operacja dobiega jednak szczęśliwego końca, usłyszałem głośne zawołanie chirurga „o cholera”! Usłyszałem też komentarz, „puściło naczynie” i zobaczyłem na twarzach otaczających mnie ludzi, wymowny niepokój. To traciłem, to odzyskiwałem świadomość, ale docierał do mnie dramatyzm sytuacji. Lekarze głośno się naradzali, sygnalizując stopień skomplikowania przypadku. Okazało się też, że brakuje odpowiedniego oprzyrządowania i czegoś tam jeszcze, bardzo potrzebnego w takich sytuacjach. Zapanowała konsternacja i wszyscy czekali na decyzję operatora. Widząc, że jest to moment krytyczny, resztką sił zawołałem „księże Jerzy pomóż”… Wtedy, jak na komendę, podjęto zabiegi na moim sercu i poczułem, że ktoś trzyma mnie za rękę. Uchwyciłem się tej dłoni bardzo mocno i oto, powoli wszystko zaczęło wracać do normy. Poczułem też przypływ sił, a po chwili ustało zamieszanie i usłyszałem głos lekarza...”wszystko będzie dobrze”. Odzyskałem wtedy pełnię świadomości i zobaczyłem, że jedna z pielęgniarek mimo zakończonej akcji trzyma mnie za rękę. Uśmiechnęliśmy się do siebie i wiedziałem, że teraz już naprawdę będzie dobrze.

    Stan zagrożenia życia trwał jeszcze jakiś czas, ale byłem pewny, że nic złego teraz już mnie nie spotka. Po kilku godzinach stanu balansującego na pograniczu agonii, poczułem jak wraca życie. Po tygodniu spędzonym w szpitalu z radością spojrzałem znów na świat, ciesząc się jak dziecko, że jest taki piękny, a ja głupi, do tej pory tego nie dostrzegałem.

    Można spytać - no i co w tym wszystkim takiego niezwykłego? Niby nic. Jednak z medycznego punktu widzenia mój przypadek okazał się nietypowy. Zawał ściany dolnej trwał już od wielu godzin i zniszczenia mięśnia sercowego były na tyle poważne, że jakiekolwiek pogorszenie tej degradacji zagrażało życiu. Jeszcze parę lat wstecz, takiego delikwenta jak ja pozostawiano samemu sobie i obserwując monitory czekano na rozwój sytuacji - uda się albo nie. Dzisiejsza medycyna pozwala jednak na interwencję w proces zawałowy. Dzięki tzw. angioplastyce dokonuje się udrożnienia zatkanego naczynia i w ten sposób przerywa obumieranie kolejnych tkanek mięśnia serca.  

    Kochana pani doktor ze szpitala przy ulicy Czerniakowskiej, gdzie trafiłem z rozpoznaniem zawału, podobno dokonała cudu przekonując kierownika kliniki kardiochirurgii przy ulicy Wołoskiej, że trzeba mi pomóc. Okazało się jeszcze, że zwolniła się właśnie sala zabiegowa. Na tym nie koniec takich niezwykłych przypadków. Jak się później dowiedziałem, kiedy w trakcie operacji wewnątrz mojego serca udało się szczęśliwie udrożnić jedną z głównych arterii i krew zaczęła dotleniać ocalały fragment serca, doszło nagle do groźnych komplikacji. Wskutek działania wielkiego ciśnienia, niezbędnego do zainstalowania specjalnej sprężyny zwanej stentem, zamknęło się inne naczynie odpowiedzialne za ukrwienie niezwykle ważnego obszaru, decydującego o przeżyciu.

    To wtedy właśnie operator zakrzyknął tak emocjonalnie - wiedział bowiem, że moje szanse zredukowały się do mizernego poziomu. Jak wspomniałem, trwało jakąś chwilę, zanim chirurg podjął dalsze czynności. Zatkane naczynie było niedostępne dla rutynowego działania i trzeba było właśnie mojego szczęścia albo i czegoś (kogoś) jeszcze. Okazało się, że w tym szpitalu i w tym właśnie czasie był jeden - jedyny fachowiec, który dopiero co wrócił ze szkolenia w USA, gdzie uczono go jak poradzić sobie w takiej skomplikowanej sytuacji. Tym fachowcem był oczywiście mój operator.

    Wszyscy z zapartym tchem śledzili wtedy jego działanie i z wielką ulgą i radością zareagowali, kiedy lekarz ten dokonał rzeczy dotąd niepraktykowanej. Udrożnił mianowicie kolejne naczynie, dostając się w rejon uszkodzenia przez stent, który założył chwilę wcześniej. Żeby to zrobić potrzeba było niezwykłej precyzji operatora, wiedzy i niezbędnej praktyki, której nikt poza nim w tym szpitalu nie miał. To w trakcie tych działań jedna z asystentek, czy to z emocji, czy też by dodać mi odwagi, zaczęła trzymać mnie za rękę. Może to nie było niczym niezwykłym, ale przysięgam, kiedy wróciłem na salę pooperacyjną i zostałem znów tylko pod „opieką monitorów” czułem jeszcze ten uścisk dłoni i jego takie szczególne ciepło. Kiedy uświadomiłem sobie ten fakt, przeszyły mnie dreszcze. Dotarło do mnie, że znam ten specyficzny uścisk dłoni i to niezwykłe ciepło… Zrozumiałem, że oto był przy mnie ksiądz Jerzy!... był, bo Go wezwałem… i przybył - tak jak to obiecywał mi jeszcze za życia. „Ja po to jestem” mówił zawsze, kiedy nieśmiało prosiłem go o pomoc.

    Że niby nic takiego? Że to takie zbiegi okoliczności, że… . Oczywiście można wszystko wytłumaczyć racjonalnie i bez emocji, ot po prostu miałem szczęście. Można, owszem, ale my ludzie wierzący w Boga i świętych obcowanie wiemy, że nie ma przypadków. Wiemy, że wszystko co nas spotyka, dzieje się z jakiegoś konkretnego powodu. Wierzymy, że istnieje jakiś plan i że mamy w tym planie swoje szczególne miejsce. Często też jakąś, związaną z nim misję do wykonania - jaką? No cóż, musimy to chyba sami odgadywać. Dziś wiem, że powinniśmy jednak o swoich doświadczeniach powiedzieć tym, którzy być może nie wiedzą jeszcze, że są dla Boga niezwykle ważni, że są również potrzebni innym - którzy może  takiego Bożego planu nie potrafią dostrzec.

    Co z tym wszystkim ma wspólnego Monika? A no właśnie - to dzięki jej świadectwu zrozumiałem, że nie jestem jakimś szczególnym wyjątkiem. Skoro ksiądz Jerzy był przy niej i trzymał ją za rękę, kiedy lekarze dokonywali niemożliwego, (a wcześniej podał jej rękę by mogła wyjść z głębokiego dołu pełnego szkła) to znaczy, że On naprawdę jest z nami! Jest, ilekroć go o to poprosimy. Jest nawet wtedy, kiedy nie uświadamiamy sobie, jak bardzo był nam potrzebny. On wie lepiej czego nam potrzeba i tylko musimy pamiętać żeby go zawołać!     Nie każdy z nas jest „przybraną córką”, czy przybranym bratem księdza Jerzego. Ale każdy z nas jest dzieckiem tego samego Ojca i każdy może liczyć na wsparcie Jego Świętych, nawet, kiedy jeszcze nie są formalnie „wyniesieni” na ołtarze. Tego właśnie dowiódł ksiądz Jerzy!

 

    Świętych obcowanie, musimy bardzo dokładnie przyswoić sobie ten termin. Ono jest możliwe i realizuje się właśnie tu i teraz! Powinniśmy tylko uświadomić sobie jak przecudowne są Boskie realia i że u Boga wszystko jest możliwe. WSZYSTKO!

 

Ps.                             

(Kilka miesięcy później.)

    Jak zwykle - kiedy już skończę pisać o jakimś zdarzeniu dotyczącym  księdza Jerzego, po jakimś czasie pojawia się potrzeba kolejnego post scriptum…

    Opisałem przedstawioną powyżej historię, ponieważ uważam, że... powinienem. Dziś jestem już po kilku zawałach i wiem, że czasu na spisanie takich świadectw nie mam w nadmiarze. Kiedy, jakiś czas temu dowiedziałem się o terminalnej chorobie jednego z moich przyjaciół, postanowiłem podzielić się z nim kilkoma swoimi przemyśleniami i doświadczeniami. Jak to bywa z terminalnymi chorobami, niekiedy trwają one miesiącami, niekiedy latami, a czasem mijają bez śladu - pomyślałem - zdążę. Niespodziewanie dowiedziałem się, że przyjaciel musiał być nagle hospitalizowany. Ponieważ szpitalne warunki nie sprzyjają przydługim opowieściom, zdecydowałem, że o tym napiszę. Tak bardzo chciałem, żeby i on mógł się dowiedzieć, że nie nigdy jest sam. Że oprócz odwiedzających go bliskich - jeśli tylko zechce, w najtrudniejszych momentach będzie przy nim również ksiądz Jerzy. Pisałem więc, ale ciągle jeszcze brakowało mi kilku istotnych wątków. Na dzień przed planowaną wizytą, z powodu późnych nocnych już godzin, postanowiłem przerwać pisanie i przełożyć odwiedziny w szpitalu. Była sobota, a w niedzielę otrzymałem dramatyczną, tę najgorszą wiadomość! Musiałem gwałtownie uświadomić sobie, że to, co tak pięknie napisał w swoim wierszu ksiądz Twardowski, nie jest jedynie licencją poety, ale dzieje się naprawdę - „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

    Tak szybko, z dnia na dzień, pomimo z założenia terminalnej, zwykle długotrwałej choroby odszedł mój przyjaciel - jeden z tych, którzy ukochali księdza Jerzego. Spędziliśmy wiele godzin na rozmowach o Nim, o wszystko mnie wypytywał, był zafascynowany Jego postacią, Jego misją i płynącym z niej przesłaniem. Był teologiem, nie miał cienia wątpliwości, że ksiądz Jerzy był posłańcem Bożym wypróbowanym w tyglu. Pocieszam się, że przyjaciel znał historię Moniki, opowiadałem mu o jej przypadku, czytał świadectwo jej ojca. Ufam, że znalazł tę pomocną dłoń, kiedy przyszło mu przekroczyć próg Domu Ojca. Wierzę, a nawet wiem to na pewno - wiem, bo prosiłem księdza Jerzego, żeby ani na chwilę  go nie opuszczał.  

 

***

    W przypadku mojego przyjaciela wiem, że tak było. Doszedłem jednak do wniosku, że powinienem podzielić się tym przekonaniem również z tymi, którzy nie mieli okazji by przeczytać i usłyszeć to wszystko o czym jemu opowiadałem. Postanowiłem też, że dopiszę do swojego tekstu jeszcze tych parę zdań, na napisanie których zabrakło mi niegdyś czasu.

    Rzecz też ma związek, z opisanym powyżej moim pobytem w szpitalu. Otóż, kiedy już odzyskałem nieco sił, na tyle, że mogłem wrócić do domu, przeniesiono mnie na jedną dobę do takiego specjalnego pokoju - poczekalni. Był to kiepsko wyposażony pokoik, o kształcie i wielkości połowy tramwaju. Współdzielili go pacjenci oczekujący na wypis, oraz tacy, którzy niekiedy całymi tygodniami czekali na zaplanowane zabiegi. Pocieszałem się, że miałem tam spędzić tylko jedną dobę. Pomimo to, zdążyłem jednak poznać historię lokatorów tego pokoju. Taki jest zwyczaj w tych miejscach, że ludzie chętnie dzielą się swoimi radościami i troskami. Było tam chyba pięciu pacjentów, jeden po przeszczepie serca, inny po angioplastyce, a jeden z nich oczekiwał na przeszczep. Ten oczekujący, był bardzo skryty, prawie się nie odzywał. Dowiedziałem się od pacjenta po przeszczepie, że serce tego oczekującego pracuje już resztkami sił, że od miesięcy czeka on na swoją szansę, a ta maleje z każdym dniem. Nawet jeśli znajdzie się dawca, to czasem pacjent może być już zbyt osłabiony by przetrwać operację. No cóż, ta sytuacja była podobna do wielu innych, jednym udaje się pomóc innym nie. W czasie mojej hospitalizacji, naliczyłem kilkanaście przypadków odejść. Najwięcej, kiedy leżałem na tzw. intensywnej terapii i wokół mnie prowadzono wiele akcji ratujących życie. To straszne patrzeć na to wszystko, samemu „wisząc na włosku”. Jest to jednak szczególne i bardzo pouczające doświadczenie.

    Współczułem sąsiadowi czekającemu na dawcę, ale jakoś nie udało mi się z nim dłużej porozmawiać. Wieczorem do naszej sali przyszedł ksiądz z Najświętszym Sakramentem i wszyscy, poza tym jednym właśnie pacjentem przystąpiliśmy do komunii. Zauważyłem jeszcze, że dość ostentacyjnie odwrócił się on twarzą do ściany. Trzeba wiedzieć, że szpital MSW jest takim specyficznym, „resortowym” szpitalem i, że resort ten niestety ma ponurą sławę. Pomyślałem, że jest to po prostu niewierzący pracownik tego resortu. Kusiło mnie, żeby przejść nad tym do porządku i nie interesować się więcej tym człowiekiem. Następnego dnia miałem już wyjść do domu - uznałem, że zapomnę. Jednak i tym razem okazało się, że nie tylko ja o tym wszystkim myślałem... Długo w nocy nie mogłem spać, a moje myśli uporczywie krążyły wokół tego nieszczęśnika. Odmówiłem modlitwę różańcową w jego intencji, i dla spokoju sumienia poprosiłem księdza Jerzego o interwencję. Prosiłem, żeby Bóg dał mu szansę, by jeszcze tu i o własnych siłach potrafił odnaleźć drogę do Jego domu. Było mi jakoś bardzo żal tego zgorzkniałego, obrażonego na Boga człowieka. Prosiłem, ale sam chyba nie wierzyłem, że cokolwiek jest tu możliwe. Zdążyłem już ochłonąć z emocji po tym doświadczeniu z uściskiem dłoni, przez którą wróciło do mnie życie. Zacząłem sobie myśleć, że może to było jednak tylko takie złudzenie i musiało mi się wydawać, że to był ksiądz Jerzy. Jednym słowem szatany robiły, co mogły…

    Następnego dnia, kiedy dostałem już kartę wypisu ze szpitala z niezbędną dokumentacją i odbyłem krótką rozmowę z lekarzem, pożegnałem się ze współlokatorami. Jednak chwilę po tym, kiedy zmierzałem już do czekających na mnie moich bliskich, usłyszałem, że ktoś mnie woła. Odwróciłem się i zobaczyłem nieomal biegnącego w moją stronę sąsiada z sali. Proszę pana, proszę pana - wołał z radością, wie pan! Właśnie znalazło się dla mnie serce! Już jedzie do szpitala, zaraz zaczną mnie przygotowywać! Uściskaliśmy się, niech pana Bóg ma w opiece - powiedziałem i zobaczyłem, że szczerze się uśmiechnął. Po chwili pojawili się sanitariusze i posadzili go na wózku, widząc radość w jego oczach powiedziałem jeszcze tylko „wszystko będzie dobrze”.  Kiedy znikł za drzwiami sali, ugięły się pode mną nogi, żona która mnie wtedy zobaczyła, myślała pewnie, że źle ze mną i szybko wraz z synem wzięli mnie pod ręce. A ja po prostu w tym momencie uświadomiłem sobie, że to znowu ksiądz Jerzy. Już nie miałem najmniejszych wątpliwości, że to była kolejna Jego interwencja. Zastanawiałem się tylko, skąd ten człowiek wiedział, że prosiłem w jego intencji? Niby dlaczego uznał za stosowne, żeby podzielić się ze mną tą radosną wiadomością?

    To wtedy, w tym właśnie szpitalu zrozumiałem, że jeśli mogę coś zrobić dla innych, to muszę się postarać, żeby tacy ludzie jak ten pacjent mieli szansę sami poznać księdza Jerzego. Jak?... Jest według mnie jeden, może nie jedyny, ale skuteczny sposób. Upewniłem się, że to co dotychczas robiłem na małą skalę, czyli rozdawnictwo modlitwy beatyfikacyjnej, jest najlepszym sposobem komunikacji pomiędzy księdzem Jerzym, a tymi, którzy są w potrzebie.

    Od tego czasu rozdałem, przy pomocy przyjaciół i dzięki hojności ludzi rozumiejących tę ideę, tysiące egzemplarzy takiej modlitwy, w tym i w wielu, wielu innych szpitalach i nie tylko w szpitalach  (Szczegóły w apelu.)

 

Z Bogiem

 

    Dziś niemal w każdym warszawskim szpitalu, jest już kaplica z wizerunkiem księdza Jerzego. Nie widziałem też żadnej sali chorych, w której nie byłoby kilku obrazków modlitewnych z Jego podobizną…

 

Kontakt ze mną:      Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.  

 

C.d. p.s  Adam Nowosad – „Jedna z wielu łask”                                            Warszawa lipiec 2009 r.

 

    Pisząc tekst poświęcony znanym mi świadectwom łask otrzymanych za przyczyną księdza Jerzego, powodowany pospiechem związanym z sytuacją mojego ciężko chorego przyjaciela, pominąłem niezwykle istotny, dla mnie wręcz najistotniejszy szczegół związany z uściskiem dłoni księdza Jerzego.

    Pamiętam taki wieczór, kiedy napięcie związane z permanentną inwigilacją księdza oraz tych z nas, którzy przy nim byli, stało się niezwykle stresujące. Wówczas to, zatroskany ksiądz powiedział do nas, tam obecnych - chłopcy, jeśli kto ma taką potrzebę, to w obliczu zagrożenia niech się wyspowiada - żeby szatan nie miał do was dostępu. Nie potrafię powiedzieć konkretnie, ilu nas wtedy było z księdzem, ani czy była to tylko jedyna taka sytuacja. Wiem z całą pewnością, że bez wahania poprosiłem o taką spowiedź.

    Ksiądz spowiadał w swoim „reprezentacyjnym” pokoju, tj. w tym, w którym pracował, spożywał posiłki i przyjmował „domowników” oraz swoich ważnych gości. Usiedliśmy obok siebie, na stojącej tam wówczas długiej, drewnianej ławce i w całkowitej ciszy i skupieniu rozpoczęła się moja, chyba jedyna taka, niezwykła rozmowa z Bogiem. Tak jakby w transie, spoglądając na swoje dotychczasowe życie, opowiadałem o wszystkich moich wyrzutach sumienia, zaniedbaniach i przewinach, których istnienia nawet sobie do tamtego momentu nie uświadamiałem. Nie wiem, jak to było możliwe, ale zapewniam - działo się to niejako bezwiednie. Zagłębiając się w przeszłość, uświadamiałem sobie ile zła zdążyłem uczynić mając niespełna 32 lata. Dodam jeszcze, że do tego czasu uważałem się za człowieka, który niewiele miał sobie do zarzucenia. Ba, byłem nawet przekonany, że przecież skoro pomagam takim ludziom jak ksiądz, to chyba już nic innego nie powinno się liczyć. Cała reszta, w moim pojęciu powinna być już usprawiedliwiona.

    Nie potrafię powiedzieć, czy ksiądz cokolwiek mi wówczas uświadamiał, raczej pozostanę w przekonaniu, że wyłącznie słuchał. W wielkim skupieniu, z głową w dłoniach, słuchał tej mojej długiej spowiedzi. Kiedy już poczułem, że nie było już we mnie nic, co mógłbym pozostawić Panu Bogu - ksiądz, jakby uczestnicząc w moim wyznaniu, sam rozpoznał właściwy moment i poprosił byśmy obaj uklękli - tak klęcząc długo się modlił. Później ujął moją dłoń i powiedział, byśmy razem prosili Pana o przebaczenie. Wypowiadałem, jak pamiętam zwyczajową formułę. Szybko jednak pojawiły się łzy w oczach, a uścisk dłoni księdza Jerzego narastał, aż usłyszałem jakieś słowa zbliżone do znanego - „idź i nie grzesz więcej”. Następnie ksiądz przytulił moją głowę do swojej piersi i ucałował mnie, ja zaś chyba mimowolnie pocałowałem Go w rękę. Raz jeszcze, kiedy wstaliśmy, mocno mnie przytulił i rozpromienił się w serdecznym uśmiechu, chyba celowo mnie nim obdarowując. Nie pamiętam nałożonej pokuty, ale wiem, że postanowiłem odtąd żyć w prawdzie - jakkolwiek to wówczas pojmowałem. Oczywiście, trzeba było jeszcze wiele czasu i wielu doświadczeń, żebym w pełni zrozumiał i wypełnił tamto postanowienie. Dziś wiem, że bez tej spowiedzi, podobne zobowiązanie byłoby chyba niewykonalne.

    Nie umiem powiedzieć, ile jeszcze osób miało taką spowiedź u księdza Jerzego, czy u jakiegokolwiek innego księdza. Ja miałem takie szczęście tylko ten jeden, jedyny raz w swoim dotychczasowym życiu. Wiem też z całą pewnością, że ten opisany powyżej niezwykły uścisk dłoni podczas modlitwy o odpuszczenie grzechów, był przeprowadzeniem mnie ze śmierci do życia - ufam, że już do życia wiecznego. Dziś wiem też, że to dzięki temu Bożemu posłańcowi - jak chcę nazywać księdza Jerzego, doświadczyłem wówczas takiej niezwykłej łaski oczyszczenia z poważnych grzechów, których istnienia nawet sobie do końca nie uświadamiałem. To chyba tylko dzięki Jego pośrednictwu, jak w niezwykłym filmie, mogłem obejrzeć swoje życie i oczyma prawdy dostrzec i wyznać wszystko to, co trzymało mnie w  swoistej niewoli.

    Przyznam, że od tego czasu, po każdej swojej spowiedzi doznaję podobnego uczucia wolności, ale tamto doświadczenie było jedyne, niepowtarzalne i tak naprawdę „nie do opisania”. Przypominam sobie jeszcze, że choć uważałem się za człowieka wierzącego, to wyspowiadałem się wtedy chyba pierwszy raz od kilku lat. Dziś wiem, że byłem wówczas takim mocarzem, który miał „swojego” specjalnego Boga, który istniał wyłącznie dla mnie i akurat wobec mnie był niezwykle wyrozumiały. Uważałem zapewne, jak i wielu dziś, że do rozmowy z tym „moim Bogiem” nie potrzebuję żadnego pośrednika, ani żadnych rygorów czasowych. Zapewne długo jeszcze pozostawałbym takim „katolikiem”, gdyby nie ksiądz Jerzy i tamta spowiedź… Minęło od tego czasu grubo ponad ćwierć wieku, a ja ciągle pamiętam tamtą atmosferę i ten niezwykły uścisk dłoni.

    To o nim właśnie pisałem we wspomnieniu operacji na sercu, podczas której ratowano moje doczesne życie. Wiem z całą pewnością, że ściskająca wówczas moją rękę dłoń pielęgniarki, tak naprawdę była tą samą dłonią księdza Jerzego, której uścisk zapamiętałem już na zawsze. Była to, w co wierzę ta sama dłoń, która pomogła Monice, kiedy trzeba było ratować jej życie i zdrowie. Przypomnę jeszcze - kiedy ksiądz Jerzy ją ochrzcił, powiedział „będziesz moją przybraną córką”… Nie wiem, czy wypada, ale ja też bardzo chciałbym być kimś takim Jego przybranym, dzieckiem, czy może bratem?

 

A Wy?

 

Niech, więc zawsze oręduje za nami.

 

Pozdrawiam.                                                              

                                  Z Panem Bogiem

 

W roku akademickim 1979/80 z moją koleżanką Ewą, z klasy liceum Kołłątaja byłyśmy już na 3 roku. Ona na medycynie, a ja na ogrodnictwie. W poprzednim roku od jesieni chodziłyśmy na spotkania do Jezuitów na Rakowiecką, do starszego ojca, prawdopodobnie Paciuszkiewicza? Ale po wakacjach Ewa, widoczniej przeczuwając co może ją spotkać u św. Anny, zaproponowała abyśmy się tam przeniosły. Ewa trafiła do ks. Jerzego, a ja do ks. Marka Szumowskiego. Nasze spotkania odbywały się w pomieszczeniu za głównym ołtarzem, a na Jej wchodziło się schodkami od wewnętrznego dziedzińca, do takiej nie za dużej salki. Szczęśliwie dla nas te spotkania były w ten sam dzień tygodnia i o tej samej porze, więc wspólny powrót był gwarantowany. ​

Kiedy wychodziłam ze swoich spotkań zahaczałam o Ewę i w ten sposób miałam też styczność z osobami z tego środowiska medycznego i oczywiście z ks. Jerzym. Nie pamiętam już kto tam jeszcze bywał, ale na pewno studenci medycyny i pielęgniarki. Już wtedy ksiądz był bardzo lubiany i szanowany. Pamiętam, że co jakiś czas ktoś z przyszłych lekarzy dostawał słuchawki lekarskie od księdza i Ewa też się takich doczekała… ​

Nie jestem pewna czy to już wtedy, czy dopiero na Żoliborzu odprowadzał nas pod dom Wojtek Bąkowski. Miło wtedy gawędziliśmy. Odprowadzana byłam najpierw ja, bo mieszkałam po drodze, a potem szli pod dom Ewy. Bardzo Wojtka lubiłam, kulturalny, przemiły człowiek. ​

Po semestrze zimowym, od 13 marca 1980 r. byłam na prowincji, na praktyce półrocznej w okolicach Błędowa… W kolejnym semestrze zimowym 1980/81 ksiądz Jerzy i jego studenci byli już w parafii św. Stanisława na Żoliborzu… ​

Spotkania odbywały się w mieszkaniu księdza i mnie pozwolono też tam bywać… Pamiętam, że przychodzili tam też inni studenci mojego wydziału (Ogrodniczego SGGW). Ksiądz Jerzy wtedy już opiekował się też robotnikami z Huty Warszawa.  ​

Spotkania odbywały się w soboty wieczorem. Kończyły się późno, na tyle późno, że czasami wracaliśmy z Ewą i Wojtkiem ok. północy, albo niewiele wcześniej. ​

Ksiądz Jerzy nazywany przez nas Szefem, zapraszał na spotkania różne ciekawe osoby. Na jednym z pierwszych poznałam Seweryna Jaworskiego, a kiedy indziej był prof. Bida? z Teatru Wielkiego i Jego studenci,  np. słynny później Bogusław Morka. Jeśli nie było gości, to był przecież ksiądz i spotkania też były bardzo ciekawe. Ksiądz już od czasów św. Anny kupował duże ilości pysznych pierników, wielkości dłoni, takie w kształcie serca. O ile  dobrze pamiętam czasem były w kilku smakach, a czasem tylko miętowe. Pochodziły z cukierni z ul. Piwnej, gdzie od jakiegoś czasu znajduje się gruzińska restauracja Argo, którą teraz czasem odwiedzam… Te serca były naszym deserem do herbaty serwowanej na każdym spotkaniu.  ​

Czasem uczyliśmy się śpiewać pieśni, np. patriotyczne, jak Pieśń Konfederatów Barskich, a na zakończenie spotkania śpiewaliśmy piosenkę Panience na dobranoc… Trzymaliśmy się wtedy za ręce i kołysaliśmy w rytm tej pięknej kołysanki. ​

Zdarzało się, że spotkania odbywały się też w różnych prywatnych domach. Nie pamiętam teraz gdzie miało miejsce spotkanie Andrzejkowe, bodajże u sióstr z Anina, ale pamiętam jak laliśmy wosk. Ksiądz Jerzy wylał sobie coś na kształt Afryki. Przyznał wtedy, że hierarchowie chcą wysłać Go w świat i on się zastanawia, twierdził, że nie ma ochoty na wyjazd.  Innym razem byliśmy w przesympatycznym domu na ul. Fontany u Wojtka Zgliczyńskiego. Rodzice Wojtka, skądinąd przystojnego młodzieńca, bardzo miło nas przyjęli i może dlatego tak zapamiętałam  tę wizytę. ​

Gdy nadchodził Nowy Rok, a właściwie Sylwester, to zaproszono nas do innego przemiłego domu na Gen. Zajączka. Wydaje mi się, że do państwa Janiszewskich, albo do samej pani Janiszewskiej, która była lekarką księdza i mieszkała z synami.  Ksiądz umówił się z nami, że o godz. 24 odprawi Mszę św. a dopiero później będzie toast i życzenia. Nie pamiętam czy był wtedy Wojtek Bąkowski, ale mógł tam być Bogdan Budzyński, przyszły mąż mojej koleżanki Ewy. ​

Z osób, które wówczas przychodziły na spotkania pamiętam, że była Maryla, prawa ręka księdza Jerzego, była chyba Elwira, były siostry z Anina, przychodziła Ania [Grawschtain], (nazwisko, prawdopodobnie inaczej się pisze)  ze swoim bratem, albo narzeczonym - ona była z młodszego roku mojego wydziału. ​

Jedyną pamiątką tamtych spotkań jest przechowywany przeze mnie do dziś plakat Solidarności, na którym podpisali się wszyscy obecni i dzięki temu mogę dziś przywołać z niepamięci parę kolejnych osób i ich nazwiska. To ksiądz miał te plakaty i kiedyś je rozdał nam na spotkaniu i zaproponował abyśmy się na nich podpisywali i potem zabrali je ze sobą. Na plakacie widnieje data 20 grudnia 1980 r. Ciekawe kto jeszcze ma taki plakat…? ​

Po rozłożeniu plakatu widzę następujące  nazwiska, niestety nie wszystkie czytelne: ​

Ewa Kuchcińska; Anka Wiriscikowska?; Małgorzata Obolewicz; J. Janiszewski (może tylko autor plakatu?); Mirek Janiszewski; Anka Skratelińska; Tomasz Kawiak? Karak?; Piotr Wnukowski; Renata Włodnyk?; Maurycy ~~~~~~?; Dorota Kuchcińska;  Jerzy Bida; Anna Czyżewska; Elżbieta Murawska; A. Nolikowska; J.Agnieszka Wołejko; Maria Czyżewska; H. Szcz~~~~~~?; Baśka Skwateńska?; Małgorzata Zatawa??; Magda Świąder; Wojciech Zgliczyński; Ewa Tymosiak; Regina Chmielewska; Grażyna Biernacka; Wojciech Bąkowski. ​

I jest tam oczywiście podpis księdza Jerzego! ​

Niestety, po tylu latach niektóre nazwiska uleciały z pamięci i już nawet się nie kojarzą z konkretną osobą.  Niech pozostaną w tym świadectwie…

Michał Kulenty - wiersz napisany w szpitalu,

                           18 sierpnia 2016 r., Warszawa, Instytut Onkologii                       

Misja

 

Czy można...

wyjaśnić komuś

Bożą Miłość

w kilku prostych słowach

 

A B C

Miłości

mądrości

wolności

 

Sumienie

rozum i...

wolną wolę?

 

Czy to możliwe

żeby zrozumiał

tę niewyobrażalną

konstrukcję ...

Naszego Dobrego Pana

B o g a

 

Żeby naprawdę zaufał

a nie zwariował...

prosty dobry człowiek

krucha istota...

 

 

Duchu Święty

Bądź blisko proszę

Pomóż...

 

Taki mam właśnie plan

człowiek bardzo cierpi

 

a ja... przy Tobie...

małości się boję

[Michał Kulenty]

Nasze spotkanie z Księdzem Jerzym.

W lipcu 1984 roku - jako młodzi ludzie, wówczas po trzecim roku studiów - braliśmy udział w wyprawie niewielkiej grupy rodziny i przyjaciół. Pieszo zwiedzaliśmy najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach. Wieczorami, w schroniskach górskich i stanicach harcerskich, przy dźwiękach gitary, śpiewaliśmy piosenki turystyczne i pielgrzymkowe, a przede wszystkim „Mury” Jacka Kaczmarskiego.

Na trasie naszej wycieczki nie mogło zabraknąć klasztoru w Komańczy, miejsca przetrzymywania kardynała Stefana Wyszyńskiego. Okazało się, że wizyta ta stanie się jednym z najważniejszych przeżyć w moim życiu. 19 lipca 1984 roku wstał piękny, ciepły, słoneczny dzień. Nasza wyprawa zbliżała się już do końca, część grupy już nas opuściła, do klasztoru w Komańczy udaliśmy się w pięć osób. Kiedy pod ciężarem plecaków zmierzaliśmy do celu, po drodze wyminął nas samochód wiozący dwóch mężczyzn. Kiedy dotarliśmy do klasztoru okazało się, że również przyjechali odwiedzić to szczególne miejsce.

Tutaj ciekawostka nie poznaliśmy Księdza Jerzego. Uczestniczyłam wcześniej w jego mszach, ale ze względu na tłumy nigdy nie znalazłam się niedaleko ołtarza i nie wiedziałam jak wygląda, zwłaszcza z bliska i bez ornatu. Reszta mojej grupy, pochodząca z Łodzi, nie miała okazji Księdza nigdy zobaczyć. Jeden z kolegów nie znał nawet nazwiska Księdza. Nie pamiętam już dokładnie w jaki sposób rozpoznaliśmy Księdza Jerzego, chyba oprowadzająca nas siostra wspomniała coś na ten temat. Pamiętam, że poczułam lekkie zawstydzenie, że Go nie rozpoznałam.

W każdym razie spotkanie było znaczące. Najpierw w naszej małej grupie – wraz z Księdzem i jego towarzyszem - obejrzeliśmy klasztor, oprowadzani przez siostrę. Najlepiej pamiętam gabinet Prymasa i chór z którego słuchał mszy świętych. Po zwiedzaniu Ksiądz Jerzy - jak zawsze otwarty na ludzi, szczególnie młodzież - nie wypuścił nas w dalszą drogę bez rozmowy i modlitwy. Znaczące jest to, że Ksiądz spotkanym przypadkowo osobom opowiadał o uczuciu osaczenia, o ciągłych rewizjach, które go spotykają, śledzeniu i obserwowaniu jego działalności. Odniosłam wówczas wrażenie, że pragnie pozostawienia jak najszerszego świadectwa, żeby jak najwięcej osób zapamiętało co Go spotyka. Wszyscy otrzymaliśmy – podpisane przez Księdza Jerzego – zdjęcia Kardynała Stefana Wyszyńskiego z modlitwą o jego beatyfikację. (Zdjęcia z modlitwą wydane były w Paryżu, to istotne, ponieważ w tamtych czasach nie było swobodnego dostępu to takich drobnych nawet przedmiotów, o znaczeniu religijnym). Jedna z koleżanek dostała „Zapiski więzienne” – też wydanie podziemne. Ksiądz zalecił nam ukrycie tych pamiątek przed ewentualnymi rewizjami. Ostrzegł nas, że w przypadku znalezienia na pewno zostaną odebrane.

Wiem, że Ksiądz Jerzy rozdawał bardzo dużo tego typu pamiątek. Po spotkaniach ze studentami, które maiły miejsce w parafii św. Stanisława Kostki, również rozdawał pamiątkowe drobiazgi. Mam wrażenie, że w przeczuciu swojego przyszłego losu dbał o to, by jak najwięcej osób otrzymało od niego przedmioty, które przypominają o Nim dzisiaj.

W dalszą drogę wyruszyliśmy z błogosławieństwem Księdza Jerzego i wspomnieniami tego znaczącego spotkania pielęgnowanymi do dzisiaj. Osobiste zetknięcie się z niezwykłym kapłanem, który wskazywał w jaki sposób wierzyć w Boga w życiu codziennym i pracy zawodowej, nie mogło pozostać bez wpływu na nasze życie. Na pewno byłoby ono uboższe, a wiara mniej silna i inna gdyby nie zdarzyły się te wspaniałe chwile.

 

nadesłane przez p. Josefa Z., z Niemiec

Mogę napisać o tym jak poznałam ks. Jerzego.

W Kazachstanie o ks. Jerzym mówi się mało lub nic. Czasem księża lub Siostry Zakonne z Polski, pracujące tam na misjach rozdają obrazki. Ja jeszcze nie słyszałam osobiście, żeby ktoś w Kazachstanie opowiadał o Nim np. na Mszy świętej. Przyjeżdżając do Polski nic o ks. Jerzym nie słyszałam. Na pierwszych zajęciach dla cudzoziemców (kurs przygotowujący na studia w Polsce), które odbywały się w Łodzi, Pani zapytała czy mówi nam coś nazwisko Popiełuszko. Nikt na sali nie słyszał o Nim. Wtedy to po raz pierwszy opowiedziała nam krótko o Nim, kim był co robił i jak zginął. Był to 2012 rok październik. Mam ten zeszyt do tej pory :)

Pamiętam, że przejęłam się  tym bardzo i w internecie szukałam więcej o Nim. Przeczytałam Jego życiorys i dowiedziałam się, że pracował w Warszawie. Kupiłam duzo książek o Nim - Homilie z Mszy św. za Ojczyznę, "Matka Świętego". Po przeczytaniu pojechałam 19 X 2012 roku na Uroczystości. Wtedy zaczęła się prawdziwa przyjaźń.Tak dobrze się czułam w tym miejscu. Miałam takie poczucie, że On teraz wyjdzie z zakrystii i odprawi Mszę. Takie żywe to było. Potem przeprowadziłam się do Lublina na studia. I dopiero tam zaczęłam tą przyjaźń pielęgnować. Słuchałam Jego kazań, czytałam wiele książek o Nim. Jego Zapiski są genialne. Zaczęłam na Facebooku szukać Jego znajomych.Tak bardzo żałowałam, że nie miałam możliwości Go poznać. Wynagradzał mi to. Posyłał mi swoich przyjaciół, osób którzy Go znali. Wychodził sam ku mnie przez nich. 

Teraz jest moim świętym. Chociaż nie znałam Go osobiście. Czasem się zastanawiam dlaczego mam do Niego takie przywiązanie i Miłość. Przecież tak się różnimy. Środowisko w którym pracował jest dla mnie dalekie, sprawy które poruszał też. Nie znam odpowiedzi, czuje, że Jego misja jest tez i moją. Im bardziej Go poznaje, tym głębsze nabieram przekonanie, że to nie przypadek. Widziałam kilka razy Jego rodzinę. Znam jego Bratanka. Rozmawiałam  z ludźmi, którzy Go znali. Byłam w Jego pokoju na plebanii. Nie wszyscy mają taki dostęp bliski do Niego. Nie rozumiem tego, ale ufam że w tym jest plan Boga i ks. Jurka dla mnie :)

W tym roku będąc w domu, przeszukiwałam stary papiery mojej mamy. Było tam wiele starych obrazków religijnych. I wśród nich znalazłam duże zdjęcie ks. Jerzego z ostatnimi słowami, wypowiedzianymi w Bydgoszczy. Byłam w szoku, tyle razy przeszukiwałam te papiery, znałam na pamięć co tam leży, a tu... Mama powiedziała, że jeszcze w 1996 roku go dał jej. 

Zobaczyłam też w kościele na ławce, na której siedzę w modlitewniku Jego zdjęcie z modlitwą. W kaplice sióstr zakonnych przy tabernakulum Jego zdjęcie. Wcześniej nie było lub nie wiedziałam po prostu tego. Przywiozłam też duzo obrazków z Nim by parafianom rozdać i opowiedzieć. Ale Ks. Proboszcz jeszcze tego nie uczynił.

Myslę, że to dopiero początek naszej wspólnej drogi z Nim.

Pozdrawiam

Inna Meshkorez, studentka z Kazachstanu [obecnie: Lublin, Warszawa]

19.X.2015r.

 

Adam Nowosad                                                            Warszawa, maj 2015 r.

 

 

W największym skrócie...

 

 

Przesłanie księdza Jerzego, jest wezwaniem do życia w wolności.

 

Wielokrotnie w swoich kazaniach odwoływał się On do istoty wolności i przypominał, że można być wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia.

   

Wielu powie, że to truizm, ale słowa księdza Jerzego należy traktować jak wiarygodne, męczeńską krwią okupione memento. Rozważając je, czy też kontestując, zawsze trzeba mieć przed oczyma Jego bestialsko umęczone oblicze.

 

Błogosławiony Jerzy, sam żyjąc jako wolny człowiek, ograniczany jedynie miłością do Boga i bliźniego, i nas zachęcał do wstąpienia na tę właśnie drogę.

 

Pozostawił liczne wskazówki, które pomogą ten cel osiągnąć. Jeśli o nich zapomnieliśmy, to odwiedźmy miejsce spoczynku Jego doczesnych szczątków (relikwii). To tam, niejako w depozycie, złożone są wszystkie wartości, za które ten święty oddał życie. Tam właśnie, prosząc z wiarą, możemy zaczerpnąć z tego skarbca...

 

W obecności Jego żywego serca możemy otrzymać dary, które sprawią, że nasze serce i nasze ciało staną się na powrót mieszkaniem godnym Ducha Świętego. Prośmy tylko o to, a cała reszta będzie nam dodana. Ubogaceni łaskami, będziemy już „wolni od lęku, zastraszenia i od żądzy odwetu”.

 

Kiedy osiągniemy taki stan, uprawnionym będzie twierdzenie, że wolność jest w nas. Żyjąc w warunkach prawdziwej wolności, łatwiej zachowamy godność dziecka Bożego i tym samym wypełnimy przekazany nam w ostatnich publicznie wygłoszonych słowach, zacytowany powyżej testament tego Męczennika.

 

Będzie nam też łatwiej w świadectwie Jego życia i głoszonym przez niego Słowie, odnajdywać wskazania, które uchronią nas przed zagubieniem tej jedynej, prowadzącej do Domu Ojca drogi.

 

 

Z Bogiem.